Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego powołał właśnie Radę Narodowego Kongresu Nauki. O ile dobrze zrozumiałem intencję Ministra, jej celem jest przygotowanie dla niego rekomendacji na podstawie wyników ustaleń zespołów przygotowujących propozycje ustaw o nauce i szkolnictwie wyższym. W skład zacnego grona wchodzi ponad 50 osób o bardzo różnorodnych kompetencjach. Od tuzów administrowania nauką polską (prof. prof. Kleiber i Żylicz) przez rektora, dziekana, kierowników katedr, osoby kierujące międzynarodowymi grantami, wreszcie aktywistów ON i reprezentantów Partii (członek rady programowej PiS). Rozkład geograficzny - 18 osób z Warszawy, 10 z Krakowa, przewodniczący - dziekan macierzystego dla Ministra Wydziału Filozoficznego UJ. Pozostałe ośrodki reprezentują 1-2 osoby. Chcąc odczytać sens z tej struktury - Minister pragnie zaangażować w powstawanie ustawy możliwie wszystkie środowiska/punkty widzenia i doświadczenia. Nie ma też żadnej przewodniej, klarownej wizji punktu dojścia, to jest stanu pożądanego szkolnictwa i nauki w Polsce. A że w tym zespole mamy silne oraz silne i młode osobowości, tak zainteresowane sytuacją w Polsce, jak i mniej o nią się troszczące, to rezultat ich ustaleń sprowadzi się albo do powszechnie akceptowalnych ogólników, albo do akceptowania rozwiązań przedstawionych przez specjalistów. Bo niestety, ale wiedza i doświadczenie znacznej części tego grona nie dotyczy problemów funkcjonowania współczesnych struktur społecznych, mechanizmów zależności w obrębie dużych grup społecznych czy uwarunkowań funkcjonowania gospodarki, której nauka ma być - jak deklaruje Minister - częścią. Nie musi, bowiem są badaczami, administratorami średniego szczebla, działaczami społecznymi i politycznymi. Jako historyk wspominam sto kwiatów, które pięknie rozkwitały w Chinach. Tylko, czy Chińczycy na tym skorzystali? Może więc faktycznie lepiej podejść do tego zamieszania z perspektywy aktywności władzy kolonialnej - nie do końca rozumie tubylców, ale wie, że nie należy ich drażnić, a zawsze warto dać paciorki. Trzeba więc ich podzielić, dać iluzję decydowania o sobie, wskazać problemy, które ich zajmą i... pozwolą zarządcy robić to, co dla niego istotne? Bo wbrew zachwytom dziennikarzy - nie widzę celu działań Ministra.
Może się mylę, trzymam za to kciuki, ale według mnie obecna władza nie interesuje się nauką, ani szkolnictwem wyższym. Obawiam się, że dziś nie ma miejsca na racjonalność i rozwój oparty o poznanie. Trzeba więc robić swoje, najlepiej, jak potrafimy. Bo wszystko przemija, a to, co poznamy, zostanie z nami. I z tymi, z którymi się podzielimy...
środa, 21 września 2016
poniedziałek, 12 września 2016
Opcja zerowa - mniej niż zero korzyści
Prof. Leszek Pacholski zaproponował w bieżącym numerze Dziennika Gazety Prawnej eksperyment myślowy. Wskazując na niedostatki dotychczasowych reform nauki i szkolnictwa wyższego zastanawia się, czy nie byłoby właściwym na wzór tego, co miało miejsce na uczelniach d. NRD po scaleniu państw niemieckich - zastosować 'opcję zerową'. W ogólnym zarysie - zwolnienie wszystkich pracowników i przyjęcie do pracy tych, którzy sprostaliby postawionym kryteriom jakościowym. O ile poprawnie zrozumiałem założenie Autora, miałoby to w zasadzie rozstrzygnąć wskazane przez niego dylematy reformatorów, w tym najważniejszy:
Nie ma łatwych rozwiązań w zarządzaniu materią społeczną. Rozumiem, że prof. Leszek Pacholski, który doskonale zna i polskie i światowe uwarunkowania nauki, świadomie prowokuje, by ożywić martwą dyskusję nad reformami polskiego środowiska naukowego. Jak pisałem w poprzednim poście - MNiSW nie zaproponowało nam dotąd niczego wartego uwagi w kontekście zmian systemowych. A wobec ciągłych głosów o niskiej jakości, randze badań i dydaktyki rośnie zniecierpliwienie otoczenia, w tym samych akademików. Ale - nie idźmy na skróty. Nie wracajmy do rewolucji kulturalnych. Zastanówmy się nad wsparciem adekwatnym do kompetencji badaczy, środowisk, może całych uczelni. Ożywmy zaufanie do nas samych wewnątrz Akademii i otoczenia do Akademii. Pracy jest ogrom. Podrzucanie radykalnych rozwiązań na arenę cyrku zostawmy politykom. Ja w każdym razie gladiatorem nie zostanę.
"Czy priorytetem ma być zatrudnianie przez uczelnie najlepszych naukowców, czy też najważniejsza jest stabilność zatrudnienia? Czy uczelnie mają kształcić kadry dla gospodarki, kultury oraz administracji, czy też mają zapewnić gwarantowany w konstytucji dostęp do bezpłatnej edukacji wyższej? Czy fundusze na szkolnictwo wyższe i badania naukowe mają być traktowane jako inwestycja, ze wszystkimi konsekwencjami takich decyzji (jak np. zróżnicowanie wynagrodzeń i stawianie rektorom zadań do wykonania), czy też, jak to jest obecnie, budżet resortu nauki ma pozostać kwalifikowaną działalnością socjalną?"Uważam, że 'opcja zerowa' niczego w tej materii nie zmieni. Kto miałby bowiem być zatrudniany po wskazanej 'weryfikacji', która dziś bardzo łatwo mogłaby się przekształcić w działalność o charakterze politycznym. Jeśli uważamy, że dziś nasi badacze są słabi, to w ich miejsce kogo zatrudnimy? Młodych, prężnych, nadzieję przyszłości? Przypomnijmy - w 2011 r. łącznie w szkolnictwie wyższym, na etatach dydaktycznych i naukowych pracowało około 100.000 osób (85% na uczelniach państwowych) A może ściągniemy wybitne umysły z zewnątrz, które będą chciały pracować za 1000-1300 euro miesięcznie? W dodatku posługiwałyby się językiem polskim w procesie dydaktycznym? Czy naprawdę to rozwiązanie jest realne? Nie sądzę. Opcja zerowa oznaczałaby jedynie dużo niepotrzebnego zamieszania, ogrom 'złej krwi', napięć, które jeszcze bardziej spowolniłyby bieżące badania. I zniechęciły tych, którzy jeszcze mają chęć i siły do ich prowadzenia, do dalszej pracy w tak niestabilnych, nieprzewidywalnych warunkach. Bo jeśli raz można zastosować 'opcję zerową', to w Polsce można do niej wrócić zawsze.
Nie ma łatwych rozwiązań w zarządzaniu materią społeczną. Rozumiem, że prof. Leszek Pacholski, który doskonale zna i polskie i światowe uwarunkowania nauki, świadomie prowokuje, by ożywić martwą dyskusję nad reformami polskiego środowiska naukowego. Jak pisałem w poprzednim poście - MNiSW nie zaproponowało nam dotąd niczego wartego uwagi w kontekście zmian systemowych. A wobec ciągłych głosów o niskiej jakości, randze badań i dydaktyki rośnie zniecierpliwienie otoczenia, w tym samych akademików. Ale - nie idźmy na skróty. Nie wracajmy do rewolucji kulturalnych. Zastanówmy się nad wsparciem adekwatnym do kompetencji badaczy, środowisk, może całych uczelni. Ożywmy zaufanie do nas samych wewnątrz Akademii i otoczenia do Akademii. Pracy jest ogrom. Podrzucanie radykalnych rozwiązań na arenę cyrku zostawmy politykom. Ja w każdym razie gladiatorem nie zostanę.
sobota, 10 września 2016
Strategia przetrwania czyli o metodyce zarządzania nauką AD 2016
Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego ogłosił "Nową strategię dla nauki i szkolnictwa wyższego". Od razu powiedzmy, że to bardzo dobra wiadomość - strategia, to znaczy określenie długookresowych celów i podporządkowanych ich krótkookresowych działań zakończonych mierzalnymi efektami prowadzącymi po skumulowaniu do określonych wcześniej celów długookresowych. Tego nam brakowało w poprzednich kadencjach ministerialnych. W końcu będziemy wiedzieć, po co są wprowadzane zmiany i będziemy mogli się do nich przygotować. Dla zarządzających i zarządzanych - wielka ulga! Cytując klasyka - isn't it?
Można się spierać. Zacytujmy stronę oficjalną: "Po kilku miesiącach intensywnej pracy i realizacji kluczowych zadań resortu, Jarosław Gowin ogłosił strategię rozwoju dla polskich uczelni i nauki." Trochę mi dech zaparło na początku - więc jednak! Te miesiące milczenia to czas wysilonej pracy, której rezultat zaraz poznam! Więc czytam, czytam, czytam. Oj, już przeczytałem. Chwileczkę - jakie cele długookresowe wyznaczył pan Minister? Czytam, czytam, czytam. Kurcze. Nie umiem czytać ze zrozumieniem?
No nic, myślę sobie, czytam dalej. W sensie - raz jeszcze. Bo trawić mądry tekst trzeba długo. No i jest: "Strategia Jarosława Gowina opiera się na trzech podstawowych filarach: Konstytucji dla nauki, która przyniesie zmiany systemowe w szkolnictwie wyższym, Innowacjach dla gospodarki, w których łączą się komercjalizacja badań i partnerstwo z biznesem oraz Nauce dla Ciebie – programowi społecznej odpowiedzialności nauki." Mamy filary - ale czy wiemy, po co? Jaki sens ma budowanie tych filarów? Jaką rolę ma odgrywać nauka i szkolnictwo wyższe w społeczeństwie? Bo przecież dopiero wiedząc to można określić sensowność proponowanych zmian. No więc nie można. Nie wiem, czy MNiSW chce nauki wspierającej przemysł, czy nauki wspierającej rozwój racjonalnego społeczeństwa, czy i tego i tego w ramach szkolnictwa wyższego, czy może czegoś jeszcze? Banalna rzecz, ale jeśli decydujemy się wprowadzać zmiany, a zmiany mają być głębokie, to może warto zrobić symulację skutków nie w odniesieniu do budżetu państwa, lecz celu, jaki się ma. O ile się ma?
Przyjrzenie się bliżej szczegółowemu opisowi "filarów" jest kłopotliwe. Prezentacja z konferencji pokazuje, że najbardziej konkretne pomysły Pan Minister ma na współpracę z biznesem. Kilka szybkich działań obniżających koszty tzw. współpracy i umożliwiających dofinansowywanie przedsiębiorstw wiedzą i laboratoriami uczelni i akademii. Natomiast "filar" Konstytucja dla nauki jest pusty. Powiedzmy to głośno - JEST PUSTY! Odbiurokratyzowanie? Nowela ustawy określa kilka małych zmian, owszem, potrzebnych, ale z perspektywy wydziału lub instytutu, a także jego pracowników, są one niemal niezauważalne. Jedyną poważniejszą będzie ocena co 4, a nie co 2 lata młodszych pracowników. I tyle. Cała reszta to drobiazgi. O nowej ustawie była mowa wiele razy, tym razem tez niczego się nie dowiadujemy. Kongres Nauki - to ma być cel strategii nauki? Jeśli działanie krótkookresowe - to w jakim celu konkretnie realizowane? Co ma konkretnie - poza kolejnymi godzinami słów i deklaracji - przynieść? No chyba nie będziemy uchwalać tam ustawy? A może po prostu wysłuchamy jej uzasadnienia w ramach konsultacji społecznych? KONKRETY!!! Minister chce podnieść rangę polskiej humanistyki. Ale jak? To tak nisko ona upadła, że trzeba ją podnosić? Mamy w Polsce humanistykę upadłą? A już Narodowa Agencja Współpracy Akademickiej to jakiś humbug - sądząc po zapiskach prezentacyjnych. Pomaganie, wspieranie, zatrudnianie naukowców z zagranicy... Słowa, słowa, słowa - ale po co to? W jakim celu?
Najgorzej jednak wypada filar "Nauka dla Ciebie" czyli społeczna odpowiedzialność nauki. Arcyważna kwestia! Dla mnie najważniejsza. I co? Dwa małe programy MNiSW - Uniwersytet Młodego Odkrywczy i Program Naukobus (oba dla dzieci) oraz wsparcie dla Uniwersytetów Trzeciego Wieku. Proszę mnie nie zrozumieć źle - jestem za to wdzięczny, to wszystko są istotne programy. Ale czy to wszystko, co na temat społecznej odpowiedzialności nauki ma do powiedzenia MNiSW? NAPRAWDĘ TO WSZYSTKO?
Poniosło mnie. Przeczytałem notkę na stronie www i prezentację i emocje wzięły górę. Trzeba pisać, mówić, działać i współpracować. Bo nic się nie zmieniło. Nic.
Można się spierać. Zacytujmy stronę oficjalną: "Po kilku miesiącach intensywnej pracy i realizacji kluczowych zadań resortu, Jarosław Gowin ogłosił strategię rozwoju dla polskich uczelni i nauki." Trochę mi dech zaparło na początku - więc jednak! Te miesiące milczenia to czas wysilonej pracy, której rezultat zaraz poznam! Więc czytam, czytam, czytam. Oj, już przeczytałem. Chwileczkę - jakie cele długookresowe wyznaczył pan Minister? Czytam, czytam, czytam. Kurcze. Nie umiem czytać ze zrozumieniem?
No nic, myślę sobie, czytam dalej. W sensie - raz jeszcze. Bo trawić mądry tekst trzeba długo. No i jest: "Strategia Jarosława Gowina opiera się na trzech podstawowych filarach: Konstytucji dla nauki, która przyniesie zmiany systemowe w szkolnictwie wyższym, Innowacjach dla gospodarki, w których łączą się komercjalizacja badań i partnerstwo z biznesem oraz Nauce dla Ciebie – programowi społecznej odpowiedzialności nauki." Mamy filary - ale czy wiemy, po co? Jaki sens ma budowanie tych filarów? Jaką rolę ma odgrywać nauka i szkolnictwo wyższe w społeczeństwie? Bo przecież dopiero wiedząc to można określić sensowność proponowanych zmian. No więc nie można. Nie wiem, czy MNiSW chce nauki wspierającej przemysł, czy nauki wspierającej rozwój racjonalnego społeczeństwa, czy i tego i tego w ramach szkolnictwa wyższego, czy może czegoś jeszcze? Banalna rzecz, ale jeśli decydujemy się wprowadzać zmiany, a zmiany mają być głębokie, to może warto zrobić symulację skutków nie w odniesieniu do budżetu państwa, lecz celu, jaki się ma. O ile się ma?
Przyjrzenie się bliżej szczegółowemu opisowi "filarów" jest kłopotliwe. Prezentacja z konferencji pokazuje, że najbardziej konkretne pomysły Pan Minister ma na współpracę z biznesem. Kilka szybkich działań obniżających koszty tzw. współpracy i umożliwiających dofinansowywanie przedsiębiorstw wiedzą i laboratoriami uczelni i akademii. Natomiast "filar" Konstytucja dla nauki jest pusty. Powiedzmy to głośno - JEST PUSTY! Odbiurokratyzowanie? Nowela ustawy określa kilka małych zmian, owszem, potrzebnych, ale z perspektywy wydziału lub instytutu, a także jego pracowników, są one niemal niezauważalne. Jedyną poważniejszą będzie ocena co 4, a nie co 2 lata młodszych pracowników. I tyle. Cała reszta to drobiazgi. O nowej ustawie była mowa wiele razy, tym razem tez niczego się nie dowiadujemy. Kongres Nauki - to ma być cel strategii nauki? Jeśli działanie krótkookresowe - to w jakim celu konkretnie realizowane? Co ma konkretnie - poza kolejnymi godzinami słów i deklaracji - przynieść? No chyba nie będziemy uchwalać tam ustawy? A może po prostu wysłuchamy jej uzasadnienia w ramach konsultacji społecznych? KONKRETY!!! Minister chce podnieść rangę polskiej humanistyki. Ale jak? To tak nisko ona upadła, że trzeba ją podnosić? Mamy w Polsce humanistykę upadłą? A już Narodowa Agencja Współpracy Akademickiej to jakiś humbug - sądząc po zapiskach prezentacyjnych. Pomaganie, wspieranie, zatrudnianie naukowców z zagranicy... Słowa, słowa, słowa - ale po co to? W jakim celu?
Najgorzej jednak wypada filar "Nauka dla Ciebie" czyli społeczna odpowiedzialność nauki. Arcyważna kwestia! Dla mnie najważniejsza. I co? Dwa małe programy MNiSW - Uniwersytet Młodego Odkrywczy i Program Naukobus (oba dla dzieci) oraz wsparcie dla Uniwersytetów Trzeciego Wieku. Proszę mnie nie zrozumieć źle - jestem za to wdzięczny, to wszystko są istotne programy. Ale czy to wszystko, co na temat społecznej odpowiedzialności nauki ma do powiedzenia MNiSW? NAPRAWDĘ TO WSZYSTKO?
Poniosło mnie. Przeczytałem notkę na stronie www i prezentację i emocje wzięły górę. Trzeba pisać, mówić, działać i współpracować. Bo nic się nie zmieniło. Nic.
poniedziałek, 29 października 2012
Kreatywna księgowość, a wystarczy szczerość, Pani Minister
Na stronie MNiSW wypowiedź Pani Minister, która ogłasza przekazanie "milionów na humanistykę". Nie chciałbym rozwodzić się nad niejasnym wstępem, w którym Autorka stwierdza, że humaniście wystarczy twórczy umysł, nie zaś skomplikowane komputery lub laboratoria - on przecież nic nie czyta i nie musi czytać, sięgać do baz danych, prowadzić badań na materiałach masowych... Ale Pani Minister łaskawie stwierdza, że Nie znaczy to, że w humanistykę nie trzeba inwestować tak samo jak w nauki ścisłe, techniczne, czy medyczne. Każde prowadzone badania wymagają funduszy. No a dla mnie jedyne, co z tego wynika, to że humaniści to darmozjady, bo nie powinni generować kosztów, a generują i nic w zamian nie dają. I w tym kontekście warto przyjrzeć się wypowiedzi dalszej Pani Minister. Otóż oświadcza ona, że dała humanistom więcej, niż dawano w poprzednich latach. Używając Jej frazeologii: flagowym okrętem tego strumienia dobrodziejstw jest Narodowy Program Rozwoju Humanistyki, który ogłoszono w 2010 r., a na który przeznaczono już 110 mln zł, a w tym roku kolejne 88,9 mln. Patrząc na te cyfry ktoś mógłby pomyśleć - czyli jest wzrost - w ciągu dwóch lat 110 mln, czyli rocznie 55 mln, a w tym tylko roku 89 prawie! Powodzi się humanistom! Tymczasem to tylko kreatywna księgowość. Dotychczas rozstrzygnięto jeden konkurs zaledwie, właśnie na 110 mln zł łącznie, w 2011 r. Realnie zatem nakłady na NPRH w ciągu roku zmalały o 20%!!! Zaledwie po roku funkcjonowania! A teraz spójrzmy na konkursy NCN. Pani Minister pisze, że na humanistykę przeznacza się coraz więcej pieniędzy - w 2011 r. 24 mln, w 2012 r. - 36 mln. Pewnie tak jest, ale rzućmy okiem na inne dane. Dla przykładu konkurs OPUS 2 z 2011 r., podział środków: panel HS, czyli nauki humanistyczne i społeczne łącznie, czyli na humanistykę nie więcej niż 50%, z reguły mniej, dostał 35,4 mln zł. W tym czasie na nauki o życiu przeznaczono 94,8 mln, zaś na ścisłe i techniczne - 120,9 mln zł. Jedna edycja jednego konkursu grantowego NCN transferowała więcej środków do nauk o życiu oraz nauk technicznych i ścisłych niż cały NPRH w ciągu całego roku. Nakłady na humanistykę z tego tylko przykładu (Opus 2) wynosiłyby około 7%, lub 14% łącznie z naukami społecznymi. Miliony dla humanistów? Wolne żarty.
Nie piszę tego, by postulować równe nakłady na wszystkie dziedziny wiedzy. Nie ma na to szans, choć nie widzę jakoś realnych, pozytywnych rezultatów takiej dysproporcji w nakładach na poszczególne dziedziny nauki. Prosiłbym tylko o szczerość wypowiedzi - jeśli za tymi słowami ma następować kolejne uderzenie w humanistykę, to przynajmniej w rozmowach z nami prosiłbym o minimum szczerości. Pani Minister, my wiemy, gdzie nasze miejsce. A jeśli i ten skrawek to dla nas za dużo i pragnie nas Pani wygasić, oczywiście w celu lepszego zysku naukowego z przyznawanych milionów, to przynajmniej odrobinę szczerości nam się należy. Ot, żeby zdążyć się przekwalifikować i - jeśli nie da się inaczej - na czas wyjechać z Polski. Niech już zostaną te 2-3 wiodące ośrodki w Warszawie i Krakowie, a reszta niech się podciąga i dociąga, niech kreatywnie równa w górę wyrabiając 600% normy. Tylko proszę to szczerze powiedzieć i nie szczuć na nas mediów, bo to jest nudne, mało wyrafinowane i nie przystoi Władzy.
piątek, 26 października 2012
Reformy nauki i szkolnictwa wyższego - ale czy dla społeczeństwa dziś i jutro?
Ponieważ nasze ministerstwo nie ustaje w reformowaniu nas - a nam czas upływa na przekładaniu myśli reformatorów na naszą rzeczywistość - warto myślę od czasu do czasu zastanowić się nad kwestią fundamentalną: czym ma być system wyższej edukacji? MNiSW zaczyna promować, czy może - wracać do promowania koncepcji o podziale uczelni wyższej na zawodowe (większość) i badawcze (mniejszość - ok 25 sztuk). Myśl nie nowa, ale przede wszystkim - co kryje w sobie istotnego dla zmian, jakie zachodzą w otaczającym nas świecie? Moim zdaniem - niewiele. Szkolnictwo wyższe nie ma szans na kształcenie mocno sprofilowanego pracownika - 3-letnie studia to stanowczo za długo, by trend, na rzecz którego jest on kształcony, się utrzymał. Zmieniające się zapotrzebowanie rynku raczej wymaga elastyczności, umiejętności szybkiego kształcenia się i podstawowej wiedzy specjalistycznej. 3 lata nauki w konkretnym zawodzie tego nie dostarczą. Z drugiej strony - co to znaczy uniwersytet badawczy dziś? Po co miałby powstać - czy też trwać - i jak uzasadnić jego funkcjonowanie w społeczeństwie, które już przekonano, że cała polska wyższa edukacja, w tym i naukowcy, jest poniżej norm doskonałości w jakimkolwiek aspekcie na tle nauki i edukacji europejskiej, nie mówiąc o światowej? Nie zamierzam tu jednak lamentować, a raczej chciałbym zwrócić uwagę na ciekawy artykuł w The Chronicle of Higher Education. W eseju na marginesie bieżącej kampanii prezydenckiej autor wskazuje, że brak obecnie prezydentów uniwersytetów wśród naczelnych władz USA jest symptomem szczególnej zmiany miejsca dziś już tradycyjnej wyższej edukacji w społeczeństwie. Na początku XX w. nowy model kształcenia - mocno uzawodowionego, ale także w badaniach bardzo silnie powiązanego z biznesem i industrializacją odnosił sukcesy. I innowatorzy krytykujący model collegów skupionych na kształceniu klasycznym byli założycielami dzisiejszych liderów edukacji w USA - i czołowymi politykami, liderami społeczeństwa USA. Dzisiaj prezydenci uniwersytetów - nasi rektorzy - stoją przed zupełnie innym wyborem: the public and the opinion leaders alike view them as more of a problem than a solution. That's a warning, not their destiny. Dla społeczeństwa uniwersytety oferują nie przystający do realiów system edukacji - dużo ważniejsze stają się niskokosztowe masowe kursy e-learningowe i inne, zdalne, ale przede wszystkim nie generujące dużych kosztów formy edukacji na najwyższym poziomie. Takie kursy - MOOC (massive open online courses) otwierają Stanford i MIT, ale powstają też całe serwisy oferujące je lub ich formę powstałą z połączenia wielu uczelni wyższych. Informatyzacja, globalizacja i demokratyzacja(to ostatnie to trend raczej mylący w nauce, ale i pozyskiwaniu wiedzy, może lepiej byłoby mówić o upowszechnieniu kompetencji i elementów wiedzy?) to elementy kształtujące społeczność w zakresie tak ekonomii, jak i edukacji. Nie wszyscy widzą skutki tych wyzwań tak samo - w Anglii trwa kampania na rzecz podnoszenia czesnego i raczej sugeruje się, że to najkosztowniejsze i najlepsze uniwersytety będą kształtować przyszłość. Ale to też specyfika brytyjskiego społeczeństwa o wciąż silnych podziałach kastowych, bardziej nawet chyba niż klasowych. Tym niemniej - nasze reformy na tym tle wypadają nie do końca jasno. Oddają bardziej ducha początków XX w. niż XXI w., zamierzają dostarczać pracowników do przedsiębiorstw - które nota bene głośno mówią, że nie potrzebują ich od uniwersytetów - oraz tworzyć jakąś naukę. Jakąś, bo jaką tak właściwie? I po co? Nikt nie chce na to odpowiedzieć... No cóż, może więc konstruując reformy nie patrzeć na to, co było gdzieś, ale na to, co jest tu? Na potrzeby i zmiany w obrębie naszego społeczeństwa? Zastanawiać się nie nad tym, jak zmontować system z elementów przenoszonych z zewnątrz, ale czego można się dowiedzieć o systemie istniejącym tu i teraz, oraz jasno powiedzieć - czego się oczekuje od niego w przyszłości? I wskazać, jak ma się on przyczynić do realizacji oczekiwań tych, którzy go utrzymują. Nasze społeczeństwo zmienia się szybciej, niż wizje naszych decydentów. I system z lat 1910-1939 nie uratuje polskiego szkolnictwa wyższego, nie uratuje też nauki.
niedziela, 16 września 2012
Kto stworzył naukowy ogon Europy i kto na tym korzysta?
Czytałem ostatnio kolejną porcję jęków i zawodzeń nad trupem polskiej nauki, jej prowincjonalnością, zaściankowością, a wręcz - nad pasożytniczym i nie wartym grosza publicznego charakterem aktywności polskich - pożal się Boże - naukowców. Jak skwitowała całość trafnie Pani Ministra, będą dla nas - paskudnych pasożytów - podwyżki, ale Dzisiejszy artykuł w „Gazecie Wyborczej” pod tytułem „Naukowy ogon Europy”, nasuwa pytania, czy te podwyżki rzeczywiście się należą? I czy gwarantowany – i spodziewany przez środowisko naukowe – wzrost nakładów z budżetu zmobilizuje naukowców do podejmowania ryzyka uczestniczenia w ambitnych projektach, do współpracy z międzynarodowymi ośrodkami, do przejścia z ligi krajowej do ligi międzynarodowej? Współgra z tym bardziej merytoryczny głos Grzegorza Gorzelaka, który komentując nikły wskaźnik Hirscha dla polskich humanistów i badaczy z zakresu nauk społecznych (precyzyjnie - członków komitetów PAN) w Google Scholar oraz rosnące inwestycje infrastrukturalne w naukę, stwierdził, że "Materia nie zastąpi myśli, puste lub niewykorzystane laboratorium nie dostarczy wynalazków, niedostatku wiedzy i talentu pieniędzmi się nie zrekompensuje. I konkluduje: "polska nauka nie będzie konkurencyjna w świecie, jeżeli nie zostaną uruchomione mechanizmy konkurencyjności wewnątrz niej samej. Innymi słowy, jeżeli nie będą premiowane placówki i naukowcy o najwyższym dorobku i największej aktywności, kosztem tych tkwiących w stagnacji i słodkim nicnierobieniu".
A ja myślę, że problem jest odrobinę szerszy i trochę już mnie mdli od
narzekania na naszą naukę. Czy ktoś narzeka na naszych inżynierów, że upadł
rodzimy przemysł motoryzacyjny zastąpiony - od jak już dawna - produkcją licencyjną? Że stocznie nie są konkurencyjne, a wręcz że powoli znikają? Czy mamy
przodujący przemysł elektroniczny na skalę porównywalną z europejską, o USA nie mówiąc? Ostatecznie: czy jakakolwiek branża w naszym kraju -
poza handlem surowcami i pieniądzem - odniosła po 1989 r. sukces na skalę
przynajmniej regionalną bez włączenia w ramy szerszej korporacji zasilanej
kapitałem zewnętrznym, bez wymuszonych, głębokich zmian organizacyjnych i racjonalizacji zatrudnienia i wynagrodzenia, a nade wszystko: bez zmiany celu działania? Zła analogia? Nie do końca - system nauki i edukacji
wyższej był montowany w konkretnych celach i do życia w specyficznej
strukturze społecznej PRL-u. Struktura zniknęła, a naukę próbowano zaadaptować
do nowej rzeczywistości - ale bez nakładów, bez wymiany kadry, bez zmian
strukturalnych, a nade wszystko - bez zmiany celu. Skoro kształciła w
tradycyjnych nurtach studentów, którzy byli elitą PRL-u i przyczynili się do sukcesu II RP - niech kształci dalej. Tyle, że więcej i lepiej.
A że w PRL-u kreowała obieg informacji naukowej na poziomie krajowym, z niewielkimi
wyskokami na zewnątrz? To i niech tak dalej robi, bo na więcej i lepiej nie ma
pieniędzy, a i skutek ekonomiczny bezpośredni nakładów na rozwój nauki jest niewielki, a potrzeby tu i teraz są ogromne i bezpośrednie. Edukacja wyższa dla kolejnych rządów miała być katalizatorem zwiększania wartości
najprostszych rezerw rozwoju kraju - siły ludzkiej - przez opóźnianie
wejścia na rynek pracy tych nie mających kompetencji zawodowych i
poszerzanie ich zdolności umysłowych do przekwalifikowania się. Koniec i
kropka. Wyznaczono nam zadanie poszerzanie bazy ludzkiej, która aktywnie i świadomie, z szerszymi niż ich rodzice horyzontami włączy się w proces transformacji. I to się udało. Ale jednocześnie nie stworzono żadnych narzędzi ułatwiających zmianę celu i całej struktury nauki i szkolnictwa wyższego. Ba!, nawet nie pomyślano o takiej potrzebie, bo też założone cele społeczne tego nie wymagały. A badania podstawowe? Cóż, skoro nie dawały szybkich zysków, można było je odłożyć na potem, na kiedyś, najlepiej, by robiły się same dzięki wysiłkowi ambitnych. I z całym szacunkiem dla pani minister - obecne reformy niewiele w tej sytuacji zmieniają. Chwalenie się, że reforma nie generuje kosztów może tylko skłaniać do płaczu. Ministerialne działania poprzez szereg kompromisów, na które się zgodzono, są zaklinaniem rzeczywistości i wiarą, że dawny PGR zamieni się w super wydajną farmę typu amerykańskiego dzięki światłym słowom płynącym z ministerstwa. A ja sądzę, że nie zamieni się.
Nawet, jeśli wielu ludzi będzie chciało coś zmienić, a wiem i widzę, że chce i próbuje, to bez przemyślanej, kompleksowej i stabilnej - i na to ostatnie zwłaszcza bym położył nacisk - polityki ministerstwa zmiany na uczelniach będą połowiczne. Inne być nie mogą, bo nie da się powiedzieć: produkuj rakietę kosmiczną, jeśli robotnicy zawsze budowali obrabiarki, mają maszyny do obrabiarek, kochają obrabiarki i ich
produkowanie, a nie ma nikogo, kto by im dał maszyny do budowy rakiety, przeszkolił i wskazał cel dla nich ważny i stały, wspierający ich w budowaniu rakiety. Nawet jeśli wyposaży się dwa biura w fabryce w sprzęt do planowania rakiety, jedną linię w maszyny do produkcji silników i przeszkoli 2-3 pracowników w zakładzie, to proszę mi
wierzyć, rakiety z tego nie będzie. Nauka nasza jest prowincjonalna - to w
większości prawda. Ale takiej chciano, na miły Bóg! Taką i teraz się
wspiera! Rektorzy, dziekani, dyrektorzy - co mają robić, jeśli MNiSW zmienia przepisy bez jasnej myśli przewodniej, ba! zmienia własne zapisy i ich interpretacje! Jak ich przekonać, że można inaczej, skoro wszystko wskazuje, że nie trzeba? Że każda rewolucyjna zmiana będzie rozwadniana centralnie, albo zmienia się w farsę przypominającą stare, dobre dzieje? Ocena czasopism naukowych - najpierw redaktorzy wypełniali skomplikowaną ankietę, która automatycznie miała dawać wynik oceny, po czym minister się zmienił, wyrzucił projekt do kosza i wprowadzono nową wersję oceny. Która opóźnia przyznanie kategorii czasopismom, opóźnia ich dofinansowanie przez MNiSW i opóźnia ocenę parametryczną. Ba! Ocena parametryczna w minionym okresie forowała granty i publikacje po angielsku, teraz kompletnie marginalizuje granty, a w naukach humanistycznych i społecznych monstrualnie obniża prestiż publikacji w
językach obcych. No i na koniec - procedura habilitacyjna nowego typu miała przyśpieszyć proces awansu. W moim instytucie jedna osoba na nią się zdecydował i w rezultacie czeka już prawie rok na obronę. Nie zrzucam wszystkiego na centralę, centrala nas nie ocali, wiem. Ale oceniając stan bieżący trzeba pamiętać, że co jak co, ale nauka i szkolnictwo wyższe tkwi mocno w uwarunkowaniach historycznych i politycznych. Że szkolnictwo wyższe z woli władz wypełniało społecznie pożyteczną pracę kosztem nauki - z woli każdej z władz II RP, powtarzam! - i teraz jest oskarżane o to, że działało zgodnie z wytycznymi kolejnych ministrów i rządów.
Jęczenie, że nasza nauka nie dorównuje nauce USA lub czołowym krajom Zachodu (a to prawda w wybranych dziedzinach) ma tyle sensu, ile jęczenie że polski przemysł motoryzacyjny w latach 60. XX w. nie dorównywał amerykańskiemu lub zachodnioeuropejskiemu. Nauka i szkolnictwo wyższe ma ogrom bolączek i nie da się ich zamieść pod dywan. Ale zrzucać cały problem na barki w niej zatrudnionych bez jasnego wskazania - co od niej chcemy i jak chcemy to uzyskać, to mylić przyczynę i rezultat. Nie mam złudzeń - żaden rząd nie przejmie się losem nauki, dopóki nie wyczerpią się proste rezerwy wzrostu gospodarczego. A tych jeszcze nieco jest. Ale ich koniec już widać. Dlatego pamiętając o wszystkich bolączkach naszego rzemiosła uparcie wierzę, że trzeba tworzyć masę krytyczną zmian własnym wysiłkiem już teraz, by przygotować się na sprzyjający nam moment. A że taki będzie - cóż, bez nadziei po co żyć? :).
sobota, 1 września 2012
Cenzura na uniwersytecie? Naukowcy auto-ocenzurowani?
Nie nie, nie zamierzam zabierać głosu w walce politycznej między naszymi dwiema, kompletnie oderwanymi od rzeczywistości siłami politycznymi. Czy może szerzej - grupą aktywnych polityków niewiele z rządzonymi mającymi wspólnego. Dużo ważniejsze dzieją się rzeczy, a nas także dotyczące. Index on censorship opublikował właśnie rocznicowe opracowanie poświęcone cenzurze w nauce. Wiele tu jest przykładów bezpośredniego zaangażowania naukowców w sprawy obrony praw człowieka, ale nacisk położony jest na skutki uprawiania nauki niezgodnie z wolą rządzących. I tu skutki najpoważniejsze są dla naszych koleżanek i kolegów spoza Europy, najbliżej bodaj w Turcji. Ale ciekawa jest też refleksja nad sytuacją w Europie. Thomas Docherty wskazuje, że obecnie "our main priority is to serve business and to do whatever government decides is necessary for the economy". Nauka siłą rzeczy straciła status środka do osiągnięcia podstawowego celu: prawdy. Nasze działania mają być podporządkowane ekonomii określanej przez darczyńców - czyli państwo. Prywatyzacja nic tu nie zmienia. Żenujące dla mnie było czytanie wypowiedzi Felipe Fernández-Armesto z uniwersytetu Notre Dame, który w nawiązaniu do podniesienia czesnego w UK mówi, że czesne musi być wysokie, by dobra praca była wysoko ceniona - niezależnie od realnych kosztów. To już nawet nie jest dyktat ekonomii, lecz czysty manipulancki marketing: there is no virtue in pitching prices too low to deliver excellence. Beyond a certain threshold of quality, objects become more desirable the more they cost. People value cars, jewels and fashions, partly for their price. If my doctor charged less, I should probably attach less value to her counsel. If lawyers came cheaply, no one would think them worth employing. Management consultants often recommend price hikes as ways of shifting undervalued goods. Beer is marketed as "reassuringly expensive". No rare treasure comes cheap. Cultures of conspicuous consumption despise bargains. My students listen to me not because I am always right, but because they know that my knowledge, such as it is, is highly paid. The last lesson of the US system for UK universities is: if you are going to charge fees, be sure to set them high enough. No cóż, szczerze. Ale równie szczerze można powiedzieć - nauka? Tylko wtedy, jeśli daje zysk zwracający się szybko i bezpośrednio nakładcy. Wszystko, co długofalowe - jest niepotrzebne. Szybki zysk jako miara pożytku z nauki, umiejętność generowania tego zysku jako wyznacznik wartości naukowca na uczelni (ściągamy te granty, czy nie?), itd. Ja nie zamierzam lamentować, tylko zwracam uwagę na jedno - pogubiliśmy się. Nie po to oddzielono naukę od teologii, by połączyć ją z ekonomią, dzisiejszą religią Zachodu. Nauka miała dać szansę na zrozumienie świata. Jego przekształcanie jest efektem ubocznym, choć miłym i ważnym. Jeśli więc chcemy tylko nauki użytecznej i szybko generującej zysk, to zapomnijmy o nauce w ogóle, powiedzmy sobie od razu - jesteśmy przedsiębiorcami. I nie dewastujmy tego, na czym opiera się nasza kultura - zaufania do logiki jako narzędzia bezinteresownego i łączącego wszystkich nas razem we wspólnotę. Bo pieniądz takim narzędziem nie jest.
Subskrybuj:
Posty (Atom)