Upubliczniony ostatnio drugi - po opracowaniu zespołu prof. Kwieka - projekt założeń reformy nauki i szkolnictwa wyższego przygotowany w ramach konkursu Nauka 2.0 autorstwa zespołu afiliowanego do mało znanego Instytutu Allerhanda zasługuje na uwagę ze względu na... skrajność propozycji, które wydają się udatnie wpasowywać w - prawda, że niezbyt spójne - wypowiedzi Ministerstwa. W największym skrócie - obecny kształt szkolnictwa wyższego jest wyjątkowo zły. Zmiany muszą doprowadzić do radykalnego przekształcenia w duchu konkurencji nawiązującej do mechanizmów żywych w przestrzeni gospodarczej.
Od razu należy też podkreślić, że projekt nie zawiera założeń reformy nauki i szkolnictwa wyższego. Odnosi się jedynie do wybranych aspektów systemu - przede wszystkim do a) funkcjonowania uniwersytetu jako jednostki oraz w mniejszym stopniu b) nauki i kształcenia realizowanych przez szkoły wyższe, głównie o profilu ogólnoakademickim. Pominięto ważny składnik polskiej nauki jaką jest sieć jednostek PAN i instytutów naukowo-badawczych. Zupełnie niemal pominięto zasady finansowania systemu nauki i szkolnictwa wyższego. Ale, co najważniejsze - nie określono zadań i celów systemu oraz nie zdefiniowano samego systemu, jaką tworzą różnorodne i niepowiązane ze sobą jednostki szkolnictwa wyższego oraz instytucje naukowe i naukowo-wdrożeniowe. Cele można próbować dointerpretowywać ze szczegółowych zapisów projektu, jednak brak ich otwartego przedstawienia utrudnia ocenę adekwatności proponowanych rozwiązań.
Uważam jednak, że tym bardziej warto przeanalizować to, co zostało zaproponowane. Nieokreśloność celów i przedmiotu operacji czyni projekt atrakcyjnym dla władzy, która może dowolnie z niego jako całości lub z jego elementów korzystać. Zwłaszcza, że zbieżność zawartych tu idei z poglądami kierownictwa MNiSW każe się domyślać prób wprowadzenia idei w tekście zawartym w życie. Tymczasem przekazany projekt kryje najbardziej jak na razie konsekwentny plan zakończenia funkcjonowania naszej Akademii. A ponieważ ten koniec ma być też początkiem, trzeba postawić pytanie: początkiem czego właściwie?
Projekt zakłada konsekwentne odsunięcie wspólnoty akademickiej od decydowania w zakresie kluczowych zagadnień zarządczych: finansów i polityki stanowienia prawa. Redukuje do funkcji czysto symbolicznej znaczenie rektora. Drastycznie ogranicza znaczenie senatu uczelni czyniąc z niego mało wyrazisty podmiot o kompetencjach doradczych. Centralizuje zarząd uczelnią w rękach prezydenta jako władzy wykonawczej (Prezydent prowadzi sprawy uczelni i reprezentuje uczelnię.
Jest przełożonym pracowników, studentów i doktorantów
uczelni, s 49, art. 9, ust. 1). Wspierająca go rada powiernicza miałaby być najwyższym organem stanowiącym uczelni (s. 52, art. 16), czyli de facto przejąć rolę dzisiejszego senatu. Ona miałaby być także ciałem decydującym o wyborze prezydenta. Skład rady powierniczej jest więc kluczowy dla uczelni. Minister miałby wybierać bezpośrednio tylko 1/12 członków, z możliwością rozszerzenia do 3/12, członkowie senatu 2/12 członków pozostałych członków miałyby wybierać różne organy samorządu lokalnego i organizacje gospodarcze (przy czym 3/12 miałaby powoływać w ramach kooptacji sama rada). Dziekani mieliby być powoływanie przez prezydenta.
Centralizacji władzy zarządczej miałaby towarzyszyć daleko idąca decentralizacja działalności naukowej i dydaktycznej. Instytuty, centra, zakłady i pracownie tworzyliby pracownicy na zasadzie dowolnego zrzeszania na potrzeby realizacji określonych przez siebie zadań badawczych oraz dla zaproponowania dziekanowi usług edukacyjnych. Pracownicy mogliby należeć do różnych tego rodzaju jednostek, a finansowanie działalności tych ostatnich miałoby być związane z ilością "udziałów" pracowniczych powierzonych jednostce przez "udziałowców" - pracowników (każdy dysponuje 100%, które dzieli według przekonania między jednostki, w których uczestniczy).
Również drastycznie zmienia się ścieżka kariery naukowej. Likwidacji ulegają stopień doktora habilitowanego i tytuł profesora. Doktorat dzieli się na dwa stopnie - zwykły, nie dający uprawnień do kontynuowania kariery naukowej, oraz "duży" otwierający drogę do zatrudnienia w jednostkach szkolnictwa wyższego (i nauki?). Profesury pozostają stanowiskami wewnątrz organizacji uczelni. Kariera może zacząć się od studiów doktoranckich, ale preferowane jest podjęcia pracy na drodze konkursu jako asystent, dalej doktor rezydujący, młodszy profesor, profesor nadzwyczajny, profesor zwyczajny. Przejście między stanowiskami odbywa się bądź na drodze konkursy, (trzy pierwsze szczeble), bądź awansu - jednak po ocenie dotychczasowych osiągnięć, co może skutkować zwolnieniem. Doktor wypromowany w danej uczelni nie może podjąć w niej pracy bezpośrednio, musi szukać zatrudnienia poza nią.
Tyle w największym skrócie, bo przecież projekt jest dużo obszerniejszy. Z uznaniem przyjmuję propozycję nowego, kompleksowego spojrzenia na funkcjonowanie akademii. Jest ona twórczym i najdalej idącym dotychczas zastosowaniem mechaniki wolnego rynku do działań szkolnictwa wyższego (w mniejszym stopniu nauki). Przejmuje przy tym sporo rozwiązań z krajów anglosaskich i Niemiec (prezydent, rada, odsunięcie akademików od zarządzania, zakaz pracy w jednostce promującej itd.). Jakie mogą być tego skutki? Krótkotrwałe - absolutny chaos organizacyjny przy szybkim wprowadzeniu, działania dostosowawcze akademików przy dłuższym. Pamiętajmy, że uzyskane prawa zatrudnionych obecnie nie mogą podlegać zmianie - chyba, że władza zdecyduje się i to złamać. Jeśli nie, to proces wymiany kadr na zasadach wolnorynkowych będzie długotrwały. Krańcowa destabilizacja zatrudnienia odsunie od udziału w tym rynku większość chętnych - i to nie tylko tych najsłabszych. Ci silniejsi po prostu odpłyną do tych sektorów, gdzie albo będą mieli większą gwarancję stabilności, albo odpowiednie wynagrodzenie. Albo przesuną się poza nasze granice. Projekt nie precyzuje bowiem, skąd wziąć środki na planowane zmiany. Zachowanie bieżącego poziomu wynagrodzeń czyni cały projekt - wraz z zaleceniem umiędzynarodowienia kadry - wybitnie nierealnym. Zmniejszeniu kadry naukowej może towarzyszyć poszerzenie grona kadry dydaktycznej - o ile taka będzie polityka kadrowa prezydentów. Znów - wszystko zależeć będzie od wielkości i charakteru wyliczania dotacji podtrzymującej działalność uczelni. Uderzająca jest łatwość, z jaką ministerstwo drogą nacisków finansowych będzie mogło ukształtować pożądany profil całego szkolnictwa wyższego. I dziś jest to widoczne, jednak dalsze i pogłębiające się różnicowanie uczelni i wydziałów według kategorii naukowych zaproponowane przez projekt doprowadzi do pożądanego od dawna przez kolejne rządy modelu dwóch ośrodków naukowych o charakterze międzynarodowym (Warszawa i Kraków) oraz sieci "regionalnych ośrodków innowacji". Domyślać się należy koncentracji środków na tych ośrodkach (+ Rzeszów i Toruń? Poznań?), co oznacza zablokowanie - trwałe - rozwoju pozostałych. Dodajmy jednak, że te skutki nie są immanentne w projekcie, on jedynie ułatwia ich zajście.
Bo projekt jest konsekwentny - wspólnota akademicka ma stać się zbiorem konkurujących o zasoby jednostek i grup jednostek oferujących swoje usługi według zaprojektowanych przez dawców zasobów warunków. Ten prosty darwinizm ma wyłonić najlepszych, mogących z kolei konkurować w przestrzeni międzynarodowej nauki. Brzmi dobrze. I tylko tak sobie myślę - czy powtórzenie tej szokowej transformacji ustrojowej w stylu jakże bliskim przekształceniom przełomu lat 80. i 90. XX w. rzeczywiście da tak znaczną wartość dodaną, że usprawiedliwi ona skutki społeczne: powstanie elitarnych kręgów kształcenia i nauki zamkniętych dla większości społeczeństwa i w małym stopniu uczestniczącym w jego życiu; bezwzględne podporządkowanie Akademii rządowi i biznesowi jako dawcy środków, przy idealistycznym założeniu zgodności ich działań z interesem ogółu; pogrzebanie etosu pracy akademickiej jako służby i współpracy w poszukiwaniu prawdy? I na marginesie - skoro wiemy, jakie są zyski i jakie koszta społeczne takiej transformacji, czy nie powinniśmy ich oszacować w odniesieniu do organizmu, w którym kapitał - zespoły badawcze, nurty refleksji, aktywność popularyzatorską i relacje z otoczeniem społecznym - gromadzi się przez dekady, a jego rozdysponowanie zatrzymuje na lata proces kreatywny.
Uważam, że przedstawiony projekt - mimo swoich oczywistych niedociągnięć i luk - jest wart uwagi tak jako signum temporis i wskazanie, czego w najbliższych dekadach możemy oczekiwać, jak i jako realna propozycja interesujących rozwiązań. Śmierć Akademii nie będzie dramatyczna, bo upadek jej autorytetu w oczach i postronnych i własnych jest spektakularny. Pytanie tylko - co wolny rynek zaoferuje w zamian społeczeństwu? Wprowadzenie w świat wiedzy i kultury? Czy ładniejszy uchwyt do lodówki?
wtorek, 7 lutego 2017
poniedziałek, 9 stycznia 2017
Bauman, Turski i Pawłowicz, czyli Akademia na nieracjonalne czasy
Dziś dopadła mnie zła nowina - o śmierci profesora Zygmunta Baumana. Kolejny nieprosty życiorys, z którym przyszło mu się zmagać przez lata - głównie w Polsce. Ale też to w Polsce rozegrały się te fragmenty jego życia, które rzuciły cień na dekady ważniejsze dla nauki i kultury w skali światowej. Zastanawiałem się nie raz, czy mam rację ważąc te dwie rzeczy na szalach jednej wagi. Bo przecież to zjawiska nieporównywalne. A jednak - integralność osoby i jej życia jest tak oczywistym ideałem, że poprzez pryzmat ciągłości tej osoby i w kontekście jej stałej odpowiedzialności za czyny minione chciałbym móc o niej mówić do siebie samego. Bo nie ulega wątpliwości, że zmarły był nie tylko sobą, ale też symbolem - otwartości na nowe, na świat zmieniający się, który może budzić obawy, ale który warto rozumieć, a przynajmniej "rozumować" i na pewno nie odrzucać. Tymczasem symbol, człowiek-potęga miał skazy, które wciąż wracały. Ostatecznie przecież szale przeważał dla mnie nie tylko fakt, że nie mi wychowanemu w bezpieczeństwie współczesnego europejskiego państwa oceniać ówczesne wybory. Raczej to, że jego twórczość była stałym wyzwaniem i zaprzeczaniem dawnej ideologii, dawnego siebie. Nie chował się, nie uciekał, jak mu niekiedy porywczo zarzucano, lecz otwarcie walczył z tym, czym kiedyś był, czym mógł być jeszcze długie lata. W tym sensie dla mnie ocalał swą integralność w czasie, gdy akcentował humanizm i wynikającą z niego otwartość w nowych czasach jako wartości - nawet jeśli nie było to dość dla osób oczekujących publicznej Canossy.
Ale te refleksje przyszło mi zderzyć z treścią wywiadu, którego dwóch szacownych fizyków, prof.prof. Iwo Białynicki-Birul i Łukasz Turski udzielili "Gazecie Prawnej". Pomijając szczegóły dość szczególnego i niekoniecznie starannie ustrukturyzowanego zapisu, uderzyła mnie wielokrotnie przewijająca się w nim myśl - naukowcy w czasach radzieckich, PRL-u, ale nawet nazizmu, mogli być ludźmi małostkowo wykorzystującymi reżimy dla swoich celów, mogli nawet krzywdzić innych ludzi, kolegów i bliskich. Jeśli jednak dokonali dużego odkrycia, a przynajmniej byli rzetelnymi naukowcami i zostawili historii nauki jakiś jej fragment opatrzony swoim nazwiskiem, to jakoś można się z tym pogodzić. W domyśle zaś - jeśli byli kiepskimi uczonymi, a do tego mało etycznie żyjącymi ludźmi, to już miarka się przebrała, tych wolno piętnować. Jednym słowem - bycie wybitnym naukowcem, który swoim wysiłkiem intelektualnym zmienia wizję świata, a czasami losy całej ludzkości, zwalnia z wymogów etycznych obowiązujących innych ludzi. Nie ma w tym prostej analogii do losów śp. profesora Baumana, ten wszak walczył z tym, w co wcześniej wierzył, albo przynajmniej czemu służył. Dla profesorów to nie jest istotna kategoria - z ich słów wynikać zdaje się, że świat otaczający dla naukowca jest jak hotel, z którego można do woli korzystać, o ile sprosta się kategorii wielkości w nauce. Nauka rozgrzesza, bo pochodzi z innego porządku, wyższego nad mozoły tradycyjnego życia w społeczeństwie.
No i wreszcie - omne trinum perfectum? - w ostatnich dniach uderzyły mnie dobiegające z różnych stron głosy o "elitach", które znów nie rozumieją ludzi, nie dorastają do nich, manipulują nimi (słynna już wypowiedź poseł Krystyny Pawłowicz o relacji profesorowie - studenci). Oskarżenia o antypolonizm (?), "koryto" i wszystkie te elementy nagonki na wrogów uprawiane od dawna, ale od roku jakby pozbawione hamulców estetycznych. Głosy te uderzyły mnie nie tyle przez swą frapującą niezgodność wypowiedzi z gramatyką języka polskiego, ale przez prostą wizję rzeczywistości: brak elit, ich usunięcie oznacza wejście do nowego, właściwego porządku świata. Ci, którzy mogą lub powinni uchodzić za wzory lub źródło wiedzy o godności człowieka w świecie, nie mogą i nie powinni tej funkcji pełnić. Nie dlatego, że są inni, lepsi, którzy mogą ich w tym zastąpić. Ale dlatego, że lud nie potrzebuje wzorów. Zbiorowa mądrość to coś więcej niż mityczny suweren cedujący swe życie i losy swych dzieci w ręce wybrańców do parlamentu. To jedność przecząca różnicowaniu, przecząca zmianie, wykluczająca postęp, bo unikająca świadomości, że ktoś może wiedzieć coś więcej, lepiej, że może pomóc, że może nauczyć.
Etyka i estetyka są ze sobą zbieżne. Szukają harmonii w niełatwym byciu człowieka. Ale sens mają w pojedynczości, w walce każdego, jedynego we wszechświecie istnienia o godność rozumianą jako znalezienie drogi w harmonii z innymi pojedynczymi, samotnymi jak my wszyscy bytami. Negowanie wspólnoty bytu, fundamentalnej jedności wszystkich ludzi i rozróżnianie etyk przez wzgląd na zajmowaną pozycję społeczną - czy będzie to wybitny naukowej, czy wybitnie zlany z ludem uczynnik wspierający wizję tej czy innej władzy - nie ma znaczenia. Uważam, że dla nas, dla ludzi nauki nie nastały jeszcze ciężkie czasy. Ucieleśnią się, jeśli wybierzemy jedną z dwóch pułapek - elitaryzmu zrywającego więzi z otoczeniem na rzecz "naszej" racji lub egalitaryzmu nakazującego myśleć jak ten czy inny wódz.
Popełniamy błędy, umiemy je analizować i starać się je naprawiać swoim życiem, wciąż nowe popełniając, gdy patrzymy przez pryzmat naszych nowych celów. Pokazujemy, że można szukać prawdy, że warto pracować dla innych w imię wspólnoty bycia w prawdzie. Dopóki Akademia widzi w tym swoją wyjątkowość i afirmuje ją nie przecząc wspólnej etyce, dopóty jest szansa na budowę racjonalnego społeczeństwa. Bez tego staniemy się tylko urzędnikami tej lub innej opcji światopoglądowej.
Ale te refleksje przyszło mi zderzyć z treścią wywiadu, którego dwóch szacownych fizyków, prof.prof. Iwo Białynicki-Birul i Łukasz Turski udzielili "Gazecie Prawnej". Pomijając szczegóły dość szczególnego i niekoniecznie starannie ustrukturyzowanego zapisu, uderzyła mnie wielokrotnie przewijająca się w nim myśl - naukowcy w czasach radzieckich, PRL-u, ale nawet nazizmu, mogli być ludźmi małostkowo wykorzystującymi reżimy dla swoich celów, mogli nawet krzywdzić innych ludzi, kolegów i bliskich. Jeśli jednak dokonali dużego odkrycia, a przynajmniej byli rzetelnymi naukowcami i zostawili historii nauki jakiś jej fragment opatrzony swoim nazwiskiem, to jakoś można się z tym pogodzić. W domyśle zaś - jeśli byli kiepskimi uczonymi, a do tego mało etycznie żyjącymi ludźmi, to już miarka się przebrała, tych wolno piętnować. Jednym słowem - bycie wybitnym naukowcem, który swoim wysiłkiem intelektualnym zmienia wizję świata, a czasami losy całej ludzkości, zwalnia z wymogów etycznych obowiązujących innych ludzi. Nie ma w tym prostej analogii do losów śp. profesora Baumana, ten wszak walczył z tym, w co wcześniej wierzył, albo przynajmniej czemu służył. Dla profesorów to nie jest istotna kategoria - z ich słów wynikać zdaje się, że świat otaczający dla naukowca jest jak hotel, z którego można do woli korzystać, o ile sprosta się kategorii wielkości w nauce. Nauka rozgrzesza, bo pochodzi z innego porządku, wyższego nad mozoły tradycyjnego życia w społeczeństwie.
No i wreszcie - omne trinum perfectum? - w ostatnich dniach uderzyły mnie dobiegające z różnych stron głosy o "elitach", które znów nie rozumieją ludzi, nie dorastają do nich, manipulują nimi (słynna już wypowiedź poseł Krystyny Pawłowicz o relacji profesorowie - studenci). Oskarżenia o antypolonizm (?), "koryto" i wszystkie te elementy nagonki na wrogów uprawiane od dawna, ale od roku jakby pozbawione hamulców estetycznych. Głosy te uderzyły mnie nie tyle przez swą frapującą niezgodność wypowiedzi z gramatyką języka polskiego, ale przez prostą wizję rzeczywistości: brak elit, ich usunięcie oznacza wejście do nowego, właściwego porządku świata. Ci, którzy mogą lub powinni uchodzić za wzory lub źródło wiedzy o godności człowieka w świecie, nie mogą i nie powinni tej funkcji pełnić. Nie dlatego, że są inni, lepsi, którzy mogą ich w tym zastąpić. Ale dlatego, że lud nie potrzebuje wzorów. Zbiorowa mądrość to coś więcej niż mityczny suweren cedujący swe życie i losy swych dzieci w ręce wybrańców do parlamentu. To jedność przecząca różnicowaniu, przecząca zmianie, wykluczająca postęp, bo unikająca świadomości, że ktoś może wiedzieć coś więcej, lepiej, że może pomóc, że może nauczyć.
Etyka i estetyka są ze sobą zbieżne. Szukają harmonii w niełatwym byciu człowieka. Ale sens mają w pojedynczości, w walce każdego, jedynego we wszechświecie istnienia o godność rozumianą jako znalezienie drogi w harmonii z innymi pojedynczymi, samotnymi jak my wszyscy bytami. Negowanie wspólnoty bytu, fundamentalnej jedności wszystkich ludzi i rozróżnianie etyk przez wzgląd na zajmowaną pozycję społeczną - czy będzie to wybitny naukowej, czy wybitnie zlany z ludem uczynnik wspierający wizję tej czy innej władzy - nie ma znaczenia. Uważam, że dla nas, dla ludzi nauki nie nastały jeszcze ciężkie czasy. Ucieleśnią się, jeśli wybierzemy jedną z dwóch pułapek - elitaryzmu zrywającego więzi z otoczeniem na rzecz "naszej" racji lub egalitaryzmu nakazującego myśleć jak ten czy inny wódz.
Popełniamy błędy, umiemy je analizować i starać się je naprawiać swoim życiem, wciąż nowe popełniając, gdy patrzymy przez pryzmat naszych nowych celów. Pokazujemy, że można szukać prawdy, że warto pracować dla innych w imię wspólnoty bycia w prawdzie. Dopóki Akademia widzi w tym swoją wyjątkowość i afirmuje ją nie przecząc wspólnej etyce, dopóty jest szansa na budowę racjonalnego społeczeństwa. Bez tego staniemy się tylko urzędnikami tej lub innej opcji światopoglądowej.
niedziela, 1 stycznia 2017
Wokół nowego rozporządzenia o parametryzacji jednostek naukowych refleksje zmęczone
Po ukazaniu się - trochę takim bez fanfar - nowego rozporządzenia Ministra Nauki w sprawie kryteriów i trybu przyznawania kategorii naukowej jednostkom naukowym zastanawiałem się długo, czy warto wypowiadać się na temat tego dokumentu. Bo sam Minister przyznaje, że nie jest on właściwy, ale być musi, bo a) wymaga tego ustawa; b) prace prowadzone za czasów jego rządów nie zostały ukończone ogólnie akceptowalnym wynikiem. A ponieważ Minister Kolarska-Bobińska przeprowadziła tzw. konsultacje - kto był, wie, na czym one polegały - więc ogłoszony przez bieżącego Ministra wynik prac jej zespołu w ubiegłym roku - najpierw bez poprawek, dziś z minimalnymi poprawkami - ma być obecnie obowiązującym. Czyli w skrócie - nie jest on tym, czego chciałaby bieżąca władza. Czy jest zatem czymś, co ma wartość - powiedzmy - obiektywną i pozwoli nam się przejrzeć w tym swoistym lustrze, by dokonać audytu działalności jednostek naukowych?
Uważam, że nie. Nadal nie mamy klarownej odpowiedzi na pytanie, jakim konkretnie długo- i krótkookresowym celom ma służyć nauka w Polsce. A w jej obrębie - humanistyka. Bo w odniesieniu do niej mogę się w miarę kompetentnie odnieść. Ogólne hasła przedstawiane przez ministra słabo odzwierciedlone są w nowym rozporządzeniu. Umiędzynarodowienie - zaraz, jakie umiędzynarodowienie? Monografie w języku polskim i obcym wyceniane są identycznie. Tak zwane monografie wybitne to w zasadzie tylko monografie polskojęzyczne, wydane w Polsce - przesądza o tym lista konkursów, które mają decydować o nadaniu im tej rangi. Nie chcę przez to powiedzieć, że obiektywnie język wydania decyduje o wartości pracy, ale skoro mamy premiować umiędzynarodowienie - to przy pomocy monografii w języku polskim może to być trudne. Pozostają czasopisma - ale i tu mamy zagwozdkę. Zagraniczni wydawcy raczej nie będą walczyć o listę B. Lista C zawiera czasopisma zagraniczne bez impact factor - czyli dominujące w humanistyce - ale ich lista jest oparta o martwy ERIH i dość niejasno są punktowane. Przykładowo publikacja w Deutsches Archiv fuer Erforschung des Mittelalters została wyceniona na 10 punktów, natomiast w czasopiśmie Wieś i Rolnictwo (lista B) - na 14 punktów. Nawet publikacja w dość fantomowym piśmie Studia Wschodnie (lista B) przynosi 13 punktów. No cóż, biorąc pod uwagę, że Kwartalnik Historyczny uzyskał 11 punktów... to sens tych zestawień dla nadania kategorii naukowej jest mocno dyskusyjny. A biorąc pod uwagę, że zdecydowaną większość publikacji branych pod uwagę w ocenie parametrycznej będzie się pozyskiwać z publikacji w czasopismach - sukces zapewni nie publikowanie w wiodących dla specjalności czasopismach o zasięgu międzynarodowym, gdzie czeka się długo, a nakład sił i środków jest wysoki, lecz w lokalnych, polskich, ale dobrze ulokowanych przez redakcje czasopismach. I o czym poinformuje Komitet Ewaluacji Jednostek Naukowych taki wynik? O umiędzynarodowieniu badań? Jakoś nie sądzę.
Ale to tylko jeden z przykładów. Można by poruszyć ideę "monografii wybitnych". Twór kompletnie sztuczny, opierający się na arbitralnie dobranej kategorii nagród nadawanych przez arbitralnie dobrane i ogólnikowo opisane jednostki. A o wybitności i tak będzie decydował głos ekspertów. Więc po co kryterium wstępne? Jeśli ufamy ekspertom, po co to ograniczenie? Jeśli nie ufamy, to po co są potrzebni i odgrywać mają tak dużą rolę w procesie oceny? Wynikająca z lobbingu kategoria już zdążyła doprowadzić do wzrostu liczby wyróżnień - nieznanych często wcześnie - w komitetach naukowych PAN-u. A za chwilę pewnie podziała tak samo na stowarzyszenia naukowe. I co nam to powie o naszej humanistyce? O jednostkach naukowych? Co najwyżej tyle, że trzeba umieć lobbować w gronach istotnych z perspektywy oceny.
Wreszcie - z nowości - tak zwane niejednorodne jednostki naukowe. Czyli wydziały, których pracownicy publikują - prowadzą badania naukowo-rozwojowe - w różnych obszarach wiedzy. Ma to wyeliminować zafałszowanie wyników przez porównywanie wydziałów w ramach grup oceny o konkretnym profilu. Co oznacza, że jednostki te zostają usunięte z głównego nurtu aktywności KEJN-u i w praktyce pozbawione możliwości uzyskania oceny A+. Co jednak ważniejsze - takie podejście stawia pod znakiem zapytania premiowanie badań wieloobszarowych, interdyscyplinarnych i tworzenie takich jednostek organizacyjnych lub zatrudniania osób z różnych obszarów wiedzy w jednej jednostce celem zwiększenia jej różnorodności naukowej. Opłata się natomiast monokulturowość, bo przecież logicznym ciągiem dalszym będzie zejście z obszarów do dziedzin i dyscyplin. I chyba to byłoby nawet szczęśliwsze, bo przy tak pomyślanej segregacji - GWO vs niejednorodne jednostki nigdy nie będzie jasne, co właściwie oznacza ocena jednostki niejednorodnej. Wszak jej ocena ma być wynikiem będącym sumą wyników w poszczególnych obszarach. Znów - czego się z takiego wskaźnika dowiemy? Na pewno nie będzie to wskaźnik rozwoju nowoczesnych badań - ale nawet nie chce mi się wątku kontynuować.
Co więc otrzymamy na wyjściu? Zestaw wskaźników, które mają decydować o wysokości zarówno dotacji statutowej, jak i budżetowej. Przesądzać o finansowym być - trwać - rozwijać się jednostek naukowych. Sęk w tym, że te wskaźniki nie opisują mi zgodności z żadną klarowną wizją rzeczywistości, celów, jakie postawiono lub stawia się przed nauką w społeczeństwie. Czy są one dobrze czy źle sformułowane? Nie wiem. Bo powinny być odnoszone do racjonalnie uzasadnionego stanu idealnego - np. znaczący udział w kulturze narodowej lub znaczący udział w transferze wiedzy o kulturze polskiej w obiegu światowym i o kulturach światowych w Polsce a nawet niech już będzie przede wszystkim pielęgnowanie tożsamości narodowej. Mniejsza o merytoryczną zawartość tego celu - na tę chwilę tylko mniejsza! - ale niech już coś ktoś ustali. Bo wtedy można te wskaźniki ocenić, starać się potem coś z nich zrozumieć.
Obecnie zarządzenie i cała procedura parametryzacyjna nie mają znaczenia sprawdzającego jakikolwiek relatywny poziom jednostek nauki w Polsce, przynajmniej w zakresie humanistyki. Będą pomocą dla urzędników. Jedyna dla mnie wiedza z tego działania - ale dodajmy: z działań Minister Kolarskiej również - to, że zdaniem Ministerstwa trzeba lobbować, lobbować, lobbować i się nie bać, nie wstydzić, nie myśleć o celach wyższych. Bo tych ostatnich właściwie nie ma. Jest pragmatyzm i lokalne przepychanki. A czas ucieka, bo jeśli energia ludzi mających odpowiadać za kreowania kośćca polskiej kultury (jakkolwiek to brzmi) ma iść na takie gierki, to oni dadzą sobie radę. Są inteligentni. Ale ani swoich ani otoczenia horyzontów nie poszerzą, do myślenia nie zmobilizują, energii nie rozpalą. Przeciwnie, czekać nas będzie postępujące zniechęcenie i kunktatorstwo tak pracowników, jak i kadry zarządczej.
Ergo - jeśli chcemy pracować w nauce, nie możemy patrzeć na decyzje Ministerstwa. Szanując je i umiejąc się wpisać w nie - bo to nasz główny, bezpośredni pracodawca - musimy szukać gdzie tylko to możliwe sposobów usamodzielnienia od zależności finansowej. Bo pomijając względy ideowe i ideologiczne humanistyce grozi uwiąd twórczy. A historykom stanie się nudnymi, smutnymi, wiecznie niezadowolonymi i szukającymi sposobów na obejście przepisów osobnikami rozmawiającymi o wszystkim, tylko nie o badaniach. Takiej Akademii nie chcę, a taka coraz bardziej po tych latach reform się staje.
Uważam, że nie. Nadal nie mamy klarownej odpowiedzi na pytanie, jakim konkretnie długo- i krótkookresowym celom ma służyć nauka w Polsce. A w jej obrębie - humanistyka. Bo w odniesieniu do niej mogę się w miarę kompetentnie odnieść. Ogólne hasła przedstawiane przez ministra słabo odzwierciedlone są w nowym rozporządzeniu. Umiędzynarodowienie - zaraz, jakie umiędzynarodowienie? Monografie w języku polskim i obcym wyceniane są identycznie. Tak zwane monografie wybitne to w zasadzie tylko monografie polskojęzyczne, wydane w Polsce - przesądza o tym lista konkursów, które mają decydować o nadaniu im tej rangi. Nie chcę przez to powiedzieć, że obiektywnie język wydania decyduje o wartości pracy, ale skoro mamy premiować umiędzynarodowienie - to przy pomocy monografii w języku polskim może to być trudne. Pozostają czasopisma - ale i tu mamy zagwozdkę. Zagraniczni wydawcy raczej nie będą walczyć o listę B. Lista C zawiera czasopisma zagraniczne bez impact factor - czyli dominujące w humanistyce - ale ich lista jest oparta o martwy ERIH i dość niejasno są punktowane. Przykładowo publikacja w Deutsches Archiv fuer Erforschung des Mittelalters została wyceniona na 10 punktów, natomiast w czasopiśmie Wieś i Rolnictwo (lista B) - na 14 punktów. Nawet publikacja w dość fantomowym piśmie Studia Wschodnie (lista B) przynosi 13 punktów. No cóż, biorąc pod uwagę, że Kwartalnik Historyczny uzyskał 11 punktów... to sens tych zestawień dla nadania kategorii naukowej jest mocno dyskusyjny. A biorąc pod uwagę, że zdecydowaną większość publikacji branych pod uwagę w ocenie parametrycznej będzie się pozyskiwać z publikacji w czasopismach - sukces zapewni nie publikowanie w wiodących dla specjalności czasopismach o zasięgu międzynarodowym, gdzie czeka się długo, a nakład sił i środków jest wysoki, lecz w lokalnych, polskich, ale dobrze ulokowanych przez redakcje czasopismach. I o czym poinformuje Komitet Ewaluacji Jednostek Naukowych taki wynik? O umiędzynarodowieniu badań? Jakoś nie sądzę.
Ale to tylko jeden z przykładów. Można by poruszyć ideę "monografii wybitnych". Twór kompletnie sztuczny, opierający się na arbitralnie dobranej kategorii nagród nadawanych przez arbitralnie dobrane i ogólnikowo opisane jednostki. A o wybitności i tak będzie decydował głos ekspertów. Więc po co kryterium wstępne? Jeśli ufamy ekspertom, po co to ograniczenie? Jeśli nie ufamy, to po co są potrzebni i odgrywać mają tak dużą rolę w procesie oceny? Wynikająca z lobbingu kategoria już zdążyła doprowadzić do wzrostu liczby wyróżnień - nieznanych często wcześnie - w komitetach naukowych PAN-u. A za chwilę pewnie podziała tak samo na stowarzyszenia naukowe. I co nam to powie o naszej humanistyce? O jednostkach naukowych? Co najwyżej tyle, że trzeba umieć lobbować w gronach istotnych z perspektywy oceny.
Wreszcie - z nowości - tak zwane niejednorodne jednostki naukowe. Czyli wydziały, których pracownicy publikują - prowadzą badania naukowo-rozwojowe - w różnych obszarach wiedzy. Ma to wyeliminować zafałszowanie wyników przez porównywanie wydziałów w ramach grup oceny o konkretnym profilu. Co oznacza, że jednostki te zostają usunięte z głównego nurtu aktywności KEJN-u i w praktyce pozbawione możliwości uzyskania oceny A+. Co jednak ważniejsze - takie podejście stawia pod znakiem zapytania premiowanie badań wieloobszarowych, interdyscyplinarnych i tworzenie takich jednostek organizacyjnych lub zatrudniania osób z różnych obszarów wiedzy w jednej jednostce celem zwiększenia jej różnorodności naukowej. Opłata się natomiast monokulturowość, bo przecież logicznym ciągiem dalszym będzie zejście z obszarów do dziedzin i dyscyplin. I chyba to byłoby nawet szczęśliwsze, bo przy tak pomyślanej segregacji - GWO vs niejednorodne jednostki nigdy nie będzie jasne, co właściwie oznacza ocena jednostki niejednorodnej. Wszak jej ocena ma być wynikiem będącym sumą wyników w poszczególnych obszarach. Znów - czego się z takiego wskaźnika dowiemy? Na pewno nie będzie to wskaźnik rozwoju nowoczesnych badań - ale nawet nie chce mi się wątku kontynuować.
Co więc otrzymamy na wyjściu? Zestaw wskaźników, które mają decydować o wysokości zarówno dotacji statutowej, jak i budżetowej. Przesądzać o finansowym być - trwać - rozwijać się jednostek naukowych. Sęk w tym, że te wskaźniki nie opisują mi zgodności z żadną klarowną wizją rzeczywistości, celów, jakie postawiono lub stawia się przed nauką w społeczeństwie. Czy są one dobrze czy źle sformułowane? Nie wiem. Bo powinny być odnoszone do racjonalnie uzasadnionego stanu idealnego - np. znaczący udział w kulturze narodowej lub znaczący udział w transferze wiedzy o kulturze polskiej w obiegu światowym i o kulturach światowych w Polsce a nawet niech już będzie przede wszystkim pielęgnowanie tożsamości narodowej. Mniejsza o merytoryczną zawartość tego celu - na tę chwilę tylko mniejsza! - ale niech już coś ktoś ustali. Bo wtedy można te wskaźniki ocenić, starać się potem coś z nich zrozumieć.
Obecnie zarządzenie i cała procedura parametryzacyjna nie mają znaczenia sprawdzającego jakikolwiek relatywny poziom jednostek nauki w Polsce, przynajmniej w zakresie humanistyki. Będą pomocą dla urzędników. Jedyna dla mnie wiedza z tego działania - ale dodajmy: z działań Minister Kolarskiej również - to, że zdaniem Ministerstwa trzeba lobbować, lobbować, lobbować i się nie bać, nie wstydzić, nie myśleć o celach wyższych. Bo tych ostatnich właściwie nie ma. Jest pragmatyzm i lokalne przepychanki. A czas ucieka, bo jeśli energia ludzi mających odpowiadać za kreowania kośćca polskiej kultury (jakkolwiek to brzmi) ma iść na takie gierki, to oni dadzą sobie radę. Są inteligentni. Ale ani swoich ani otoczenia horyzontów nie poszerzą, do myślenia nie zmobilizują, energii nie rozpalą. Przeciwnie, czekać nas będzie postępujące zniechęcenie i kunktatorstwo tak pracowników, jak i kadry zarządczej.
Ergo - jeśli chcemy pracować w nauce, nie możemy patrzeć na decyzje Ministerstwa. Szanując je i umiejąc się wpisać w nie - bo to nasz główny, bezpośredni pracodawca - musimy szukać gdzie tylko to możliwe sposobów usamodzielnienia od zależności finansowej. Bo pomijając względy ideowe i ideologiczne humanistyce grozi uwiąd twórczy. A historykom stanie się nudnymi, smutnymi, wiecznie niezadowolonymi i szukającymi sposobów na obejście przepisów osobnikami rozmawiającymi o wszystkim, tylko nie o badaniach. Takiej Akademii nie chcę, a taka coraz bardziej po tych latach reform się staje.
niedziela, 25 grudnia 2016
Ekscentrycznie o elegancji w trudnych czasach
Niech mi wolno będzie wyznać, że nie lubię polskiego kina. Zazwyczaj mierzi mnie nadmiar sztucznie granych, ale z patosem wygestykulowanych i wymimicznionych emocji, dramatyczna nieadekwatność wątków, scenografii i kostiumów, kosmiczne niechlujstwo logiki treści i estetyki formy. Pomijając wszystkie tego implikacje piszę o tym, bo nieodbiegający wiele od tego standardu - ale jednak! dzięki świetnym jak zawsze Dymnej, Pszoniakowi, Zborowskiemu, o dziwo także Bohosiewicz - film Excentrycy dał mi pretekst. Fabuła prosta - odsyłam do niezawodnego filmwebu - w gruncie rzeczy zderzająca nurt siermiężnego, a przecież i tak odprężonego PRL-u 1958 r. z dekadenckim swingiem i potrzebą grania tegoż.
Jest w nim scena, rzekłbym, prorocza. Oto w trakcie jednego z występów bigbandu I sekretarzowi Partii, świeżo odurzonemu uczuciem do pewnej pani w rzędzie za nim, a znużonego może nadmiarem alkoholu, zamarza się - zwiduje na scenie striptease. Prosty, choć nie pozbawiony choreografii, oddający postrzeganie emocji bijących z muzyki będącej wariacją Chattanooga Choo Choo Glena Millera przez zanurzonego w lokalnej polityce urzędnika. Krótka i nie będąca mistrzostwem formy scena oddaje tą pszenno-buraczaną symboliką prześladujące mnie w ostatnim miesiącu uczucie. Oto kończy się czas elegancji, zaczyna wiosna krzepkich młodzieńców i dziarskich dziewcząt w każdym wieku.
Elegancja to nie jest kwestia ubioru, choć dziś często tak bywa postrzegana. Elegantia to przede wszystkim życie, które wypełnia precyzja, praca i dążenie do doskonałości w stylu, jakości - i prostocie nie będącej prostactwem. W relacjach z innymi to otwartość i troska o szacunek wobec innych i wobec siebie samego. Ale nade wszystko to staranie, by te relacje były wzajemnymi, opierały się na wspólnym dążeniu do dobra i piękna. Że patos i banał? Kiedyś - tak, dziś - raczej nie.
Dzień za dniem od nieco ponad roku wręcz nie wypada mieć manier pozwalających okazywać szacunek sobie nawzajem. To nie stało się nagle, nie zaczęło się nawet wtedy, gdy panowie i panie podsłuchani przy prywatnych rozmowach rześko raczyli w sprawach publicznych siebie nawzajem słowem prostym, przaśnym i mało konstruktywnym. Sęk w tym, że obecnie powszechne staje się zrozumienie i wręcz oczekiwanie, że wartością nadrzędną w relacjach społecznych jest krótkookresowy pragmatyzm - eliminacja przeciwnika, w miarę możliwości pozbawienie go wraz z całym otoczeniem dobrego imienia i wpływów na wykonywanie władzy. Walka polityczna usprawiedliwia wszelkie przejawy działań jeszcze nie tak dawno przez znaczną część sceny politycznej uważanych za niedorzeczne, nieprzystojne i niegodne.
Nie zgadzam się z tym. Bo jest to zabójcze dla nas wszystkich w dłuższej perspektywie. Skonfliktowanie nas samych ze sobą to tylko jeden z przejawów tego zjawiska. Powróćmy do sceny, którą przytoczyłem - coraz więcej osób patrząc na piękny, pełen energii świat dookoła widzi w nim nade wszystko walkę na ślinę i krwisty atrament z domieszką dość podłych motywacji, rzecz jasna przypisywanych stronie przeciwnej. Jak zbudować na czymś takim jakikolwiek trwały konstrukt społeczny? Przecież w tej wizji zawsze musi być wychowawczy przymus, pogarda, lekceważenie i arogancja jako środki edukacyjne.
Nie ma post-prawdy, jest tylko zwykłe, małe kłamstwo okryte modnymi słowami na użytek mediów. I podobnie ta pseudo-naturalistyczna wizja społeczeństwa nie kryje w sobie nic poza bezradnością, nieumiejętnością znalezienia się w skomplikowanym świecie współczesności. Zróbmy wysiłek, ogarnijmy się i spójrzmy na rzeczywistość ponad oferowaną nam każdego dnia papkę emocji i drwin. Bez tego nie zaproponujemy ani naszym dzieciom, ani uczniom, ani sobie nawzajem niczego trwałego, co pozwoli wejść w życie bez lęku i trwogi przed zmianami w świecie, w kulturze i cywilizacji.
Bez elegancji, bez smaku nie przetrwamy, nie przetrwa nasza kultura i nasze wartości. Wszak wszyscy czytaliśmy słowa mistrza Herberta o smaku, "w którym są włókna duszy i chrząstki sumienia". Nie zapominajmy tego. Także w dni powszednie.
Jest w nim scena, rzekłbym, prorocza. Oto w trakcie jednego z występów bigbandu I sekretarzowi Partii, świeżo odurzonemu uczuciem do pewnej pani w rzędzie za nim, a znużonego może nadmiarem alkoholu, zamarza się - zwiduje na scenie striptease. Prosty, choć nie pozbawiony choreografii, oddający postrzeganie emocji bijących z muzyki będącej wariacją Chattanooga Choo Choo Glena Millera przez zanurzonego w lokalnej polityce urzędnika. Krótka i nie będąca mistrzostwem formy scena oddaje tą pszenno-buraczaną symboliką prześladujące mnie w ostatnim miesiącu uczucie. Oto kończy się czas elegancji, zaczyna wiosna krzepkich młodzieńców i dziarskich dziewcząt w każdym wieku.
Elegancja to nie jest kwestia ubioru, choć dziś często tak bywa postrzegana. Elegantia to przede wszystkim życie, które wypełnia precyzja, praca i dążenie do doskonałości w stylu, jakości - i prostocie nie będącej prostactwem. W relacjach z innymi to otwartość i troska o szacunek wobec innych i wobec siebie samego. Ale nade wszystko to staranie, by te relacje były wzajemnymi, opierały się na wspólnym dążeniu do dobra i piękna. Że patos i banał? Kiedyś - tak, dziś - raczej nie.
Dzień za dniem od nieco ponad roku wręcz nie wypada mieć manier pozwalających okazywać szacunek sobie nawzajem. To nie stało się nagle, nie zaczęło się nawet wtedy, gdy panowie i panie podsłuchani przy prywatnych rozmowach rześko raczyli w sprawach publicznych siebie nawzajem słowem prostym, przaśnym i mało konstruktywnym. Sęk w tym, że obecnie powszechne staje się zrozumienie i wręcz oczekiwanie, że wartością nadrzędną w relacjach społecznych jest krótkookresowy pragmatyzm - eliminacja przeciwnika, w miarę możliwości pozbawienie go wraz z całym otoczeniem dobrego imienia i wpływów na wykonywanie władzy. Walka polityczna usprawiedliwia wszelkie przejawy działań jeszcze nie tak dawno przez znaczną część sceny politycznej uważanych za niedorzeczne, nieprzystojne i niegodne.
Nie zgadzam się z tym. Bo jest to zabójcze dla nas wszystkich w dłuższej perspektywie. Skonfliktowanie nas samych ze sobą to tylko jeden z przejawów tego zjawiska. Powróćmy do sceny, którą przytoczyłem - coraz więcej osób patrząc na piękny, pełen energii świat dookoła widzi w nim nade wszystko walkę na ślinę i krwisty atrament z domieszką dość podłych motywacji, rzecz jasna przypisywanych stronie przeciwnej. Jak zbudować na czymś takim jakikolwiek trwały konstrukt społeczny? Przecież w tej wizji zawsze musi być wychowawczy przymus, pogarda, lekceważenie i arogancja jako środki edukacyjne.
Nie ma post-prawdy, jest tylko zwykłe, małe kłamstwo okryte modnymi słowami na użytek mediów. I podobnie ta pseudo-naturalistyczna wizja społeczeństwa nie kryje w sobie nic poza bezradnością, nieumiejętnością znalezienia się w skomplikowanym świecie współczesności. Zróbmy wysiłek, ogarnijmy się i spójrzmy na rzeczywistość ponad oferowaną nam każdego dnia papkę emocji i drwin. Bez tego nie zaproponujemy ani naszym dzieciom, ani uczniom, ani sobie nawzajem niczego trwałego, co pozwoli wejść w życie bez lęku i trwogi przed zmianami w świecie, w kulturze i cywilizacji.
Bez elegancji, bez smaku nie przetrwamy, nie przetrwa nasza kultura i nasze wartości. Wszak wszyscy czytaliśmy słowa mistrza Herberta o smaku, "w którym są włókna duszy i chrząstki sumienia". Nie zapominajmy tego. Także w dni powszednie.
środa, 30 listopada 2016
O metafizycznej podstawie programowej nauczania historii w szkole podstawowej
Ogłoszonej dziś jako propozycja podstawie programowej nauczania historii w nowej szkole podstawowej przyjrzałem się tyleż z uwagą, co z niepokojem. Uwagą - jako ojciec dwójki dzieci, które zostaną jej poddane. Niepokojem - jako historyk niejeden już raz pracujący także z i dla dzieci. Bardziej szczegółową analizę porównawczą poprzednich i obecnej podstawy, zwłaszcza w odniesieniu do historii najnowszej, zaproponował Krzysztof Ruchniewicz. Tu chciałbym się skupić na ukrytym programie widocznym w układzie i zawartości jednostek treści oraz generalnych celach nauczania.
Ponieważ zawsze staram się szukać pozytywów czyjejś pracy, od nich, a właściwie od niego, chciałbym te krótkie uwagi rozpocząć. Dużą rolę odgrywa w niej wprowadzenie poprzez nauczanie historii poczucia wspólnotowości. Uważam, że to bardzo ważne, bardzo cenne w momencie rozkładu i skonfliktowania wspólnoty obywatelskiej. Niestety, tu także zaczyna się problem - do jakiej wspólnoty i jak odwołuje się program zawarty w podstawie.
Powiedzmy sobie szczerze - to nie jest finezyjny dokument. Co skłania mnie do przyjęcia, że jego twórcy mogę nie dostrzegać tego, co mnie niepokoi najbardziej. Bo zasadnicze idee są jak lampą po oczach wyłożone w "Celach wychowawczych i rozwojowych" otwierających dokument. Na 8 punktów 3 dotyczą bezpośrednio narodu i ojczyzny, 1 "budowania szacunku dla innych ludzi oraz dokonań innych narodów", dalej w 1 punkcie troska o własną przeszłość, przeszłość rodziny, wspólnoty regionalnej i lokalnej, następnie rozumienie wartości, umiejętności ogólnohumanistyczne (sprawność językowa, poszukiwania różnych źródeł informacji. Znaczące - bez wskazania nauczenia ich krytycznej oceny). Po pierwsze zatem edukacja historyczna ma zostać wprzęgnięta w implantację przekonania, że naród i ojczyzna to pojęcia absolutne, najważniejsze kryteria godne uwagi w analizie społeczności. Lokalność, regionalność, nie mówiąc o wspólnotach ponad- i nienarodowych zostają usunięte z pola uwagi ucznia. To dramatyczne założenia, wypaczające istotę historii, którą jest przedstawienie zmiany funkcjonowania społecznego, ukazanie ludzkości w wielości możliwych konfiguracji społecznych odpowiadających na potrzeby i wymagania otoczenia, wyrażanych poprzez kulturę...
Ba! Anachroniczność - nie w sensie bycia przestarzałym, ale kompletnego oderwania zasadniczej metafory mającej ukształtować spojrzenie na przeszłość od poznawania "innego" jakim jest przeszłość - została tu skojarzona z iście imperialną wizją historii. Imperialną, bo stworzoną według klucza dominującej metafory - Narodu Polskiego - ucieleśniającej sens historii i pobocznych, peryferyjnych zdarzeń oddziałujących jakoś na tę metaforę. Jakoś - bo nie jest jasne w żaden sposób, czemu te, a nie inne wątki z historii powszechnej autorzy zechcieli zachować w swojej podstawie. A może inaczej - wydaje się, że zachowali to tylko, co ich zdaniem w historii powszechnej łączyło się z dziejami Polski. Treści rzeczowe w klasie 4 to właściwie kurs introdukujący światopogląd rodem z Mechanicznej Pomarańczy - Polska, Polska, Polska. Nie ma nic poza i obok niej w przeszłości. Czy klasy V-VIII tę wizję zmieniają. Policzmy - 16 zagadnień obejmuje całą historię starożytną i średniowieczną Europy. Z historii świata ocalał Bliski Wschód w starożytności i Bizancjum. Azja, Afryka - przepadły. Wędrówki Ludów i najazdy mongolskie - ważne dla zrozumienia i przeszłości i teraźniejszości - przepadły. 17 zagadnień dotyczy średniowiecznej historii Polski 2 połowy X-XV w. Ale to chyba najbardziej internacjonalistyczna część podstawy. Dla historii nowożytnej (do rewolucji francuskiej) mamy 10 tematów z historii powszechnej i 24 z historii Polski. Długi wiek XIX (od powstania USA i rewolucji francuskiej do 1918 r.) to 19 tematów (w tym wkład Polaków w walkę Amerykanów o niepodległość) oraz 31 poświęconych Polakom i sprawie polskiej. No i czasy 1918-po współczesność to 26 zagadnień z historii powszechnej i 46 z historii Polski. Dodajmy do tego, że całość tego wykładu jest zdominowana w sposób bezwzględny przez historię polityczną w najprostszym i najstarszym wydaniu - zdarzeń politycznych, ich wzajemnych relacji i konsekwencji dla idei Narodu. Treści dotyczące kultury lub gospodarki mają charakter poboczny, szerzej obecne w XIX w. jako tło dla walki o niepodległość.
Całość tej konstrukcji po historię XX w. sprawia wrażenie przejętej z opracowań z lat 80-tych. Nie widzę w doborze treści śladu dyskusji historiograficznych ostatnich dwóch dekad. Jest to wykład chronologicznie uporządkowanej politycznej historii Polski na delikatnie zarysowanym tle powszechnym. Owszem, cieszy, że tło jest w ogóle obecne i odetchnąłem nawet z ulgą, że coś z historii poza Polską może zostać dzieciom przedstawione. Ale to radość jak ze starego dowcipu o Stalinie, który tylko pobił, a mógł zabić.
Bo doceniając pozostawienie czegokolwiek z historii otaczającego świata nie mogę oprzeć się wrażeniu, że kształcone w oparciu o tę podstawę dzieci mogą stać się kulturowo i mentalnie nieprzygotowane do życia w świecie współczesnym. Że wyrosną w przekonaniu, że Polska jest centrum świata, dla którego tenże świat stanowi jakieś niewiele znaczące tło. Przez wiele lat walczyłem z metaforą centrum i peryferii historii, w którym dla Polski i Polaków zarezerwowane było miejsce wśród obszarów peryferyjnych. Uważałem i uważam, że to fałszywa metanarracja kreująca resentymenty, ale przede wszystkim wypaczająca realia. Ale teraz widzę odrodzenie się tej tendencji - tyle, że a rebours, bo Naród Polski i Polska stają się centrum, epifanią sensu historii. Cała reszta to wątki poboczne. Kształconych w takim złudzeniu obywateli czekają ciężkie spotkania z rzeczywistością i ogrom frustracji, a z tego - niechęci do świata. Kształcąc w metaforze narodu "od zawsze" obecnego i dominującego kształcimy dzieci niezdolne do racjonalnego oglądu świata, do dostrzegania wielkości człowieka w stałej gotowości do akceptacji świata i zmieniania go we współpracy z innymi. Opowieści o triumfach, wojnach, politycznych podstępach i urazach nie wykształcą obywatela gotowego do budowania społeczności lokalnej, współpracy poziomej i elastycznego na tyle, by odnaleźć swoje miejsce w błyskawicznie zmieniającym się świecie.
Ta podstawa nie jest zła. Jest wyrazem wiary twórców - rządu? - w metafizyczną, ahistoryczną wartość Narodu Polskiego jako punktu odniesienia wartościującego dla osób mówiących po polsku cała Ludzkość. Ale jeśli potraktować ją poważnie, jest groźna dla przyszłości naszej wspólnoty - narodowej, regionalnej, lokalnej - i dla przyszłości naszych rodzin. Ona nie uczy, ona kreuje Nowego Obywatela według wizji dorosłych polityków. To nie jest moja wizja edukacji w szkole świeckiej, otwartej, zwróconej ku dziecku.
Ponieważ zawsze staram się szukać pozytywów czyjejś pracy, od nich, a właściwie od niego, chciałbym te krótkie uwagi rozpocząć. Dużą rolę odgrywa w niej wprowadzenie poprzez nauczanie historii poczucia wspólnotowości. Uważam, że to bardzo ważne, bardzo cenne w momencie rozkładu i skonfliktowania wspólnoty obywatelskiej. Niestety, tu także zaczyna się problem - do jakiej wspólnoty i jak odwołuje się program zawarty w podstawie.
Powiedzmy sobie szczerze - to nie jest finezyjny dokument. Co skłania mnie do przyjęcia, że jego twórcy mogę nie dostrzegać tego, co mnie niepokoi najbardziej. Bo zasadnicze idee są jak lampą po oczach wyłożone w "Celach wychowawczych i rozwojowych" otwierających dokument. Na 8 punktów 3 dotyczą bezpośrednio narodu i ojczyzny, 1 "budowania szacunku dla innych ludzi oraz dokonań innych narodów", dalej w 1 punkcie troska o własną przeszłość, przeszłość rodziny, wspólnoty regionalnej i lokalnej, następnie rozumienie wartości, umiejętności ogólnohumanistyczne (sprawność językowa, poszukiwania różnych źródeł informacji. Znaczące - bez wskazania nauczenia ich krytycznej oceny). Po pierwsze zatem edukacja historyczna ma zostać wprzęgnięta w implantację przekonania, że naród i ojczyzna to pojęcia absolutne, najważniejsze kryteria godne uwagi w analizie społeczności. Lokalność, regionalność, nie mówiąc o wspólnotach ponad- i nienarodowych zostają usunięte z pola uwagi ucznia. To dramatyczne założenia, wypaczające istotę historii, którą jest przedstawienie zmiany funkcjonowania społecznego, ukazanie ludzkości w wielości możliwych konfiguracji społecznych odpowiadających na potrzeby i wymagania otoczenia, wyrażanych poprzez kulturę...
Ba! Anachroniczność - nie w sensie bycia przestarzałym, ale kompletnego oderwania zasadniczej metafory mającej ukształtować spojrzenie na przeszłość od poznawania "innego" jakim jest przeszłość - została tu skojarzona z iście imperialną wizją historii. Imperialną, bo stworzoną według klucza dominującej metafory - Narodu Polskiego - ucieleśniającej sens historii i pobocznych, peryferyjnych zdarzeń oddziałujących jakoś na tę metaforę. Jakoś - bo nie jest jasne w żaden sposób, czemu te, a nie inne wątki z historii powszechnej autorzy zechcieli zachować w swojej podstawie. A może inaczej - wydaje się, że zachowali to tylko, co ich zdaniem w historii powszechnej łączyło się z dziejami Polski. Treści rzeczowe w klasie 4 to właściwie kurs introdukujący światopogląd rodem z Mechanicznej Pomarańczy - Polska, Polska, Polska. Nie ma nic poza i obok niej w przeszłości. Czy klasy V-VIII tę wizję zmieniają. Policzmy - 16 zagadnień obejmuje całą historię starożytną i średniowieczną Europy. Z historii świata ocalał Bliski Wschód w starożytności i Bizancjum. Azja, Afryka - przepadły. Wędrówki Ludów i najazdy mongolskie - ważne dla zrozumienia i przeszłości i teraźniejszości - przepadły. 17 zagadnień dotyczy średniowiecznej historii Polski 2 połowy X-XV w. Ale to chyba najbardziej internacjonalistyczna część podstawy. Dla historii nowożytnej (do rewolucji francuskiej) mamy 10 tematów z historii powszechnej i 24 z historii Polski. Długi wiek XIX (od powstania USA i rewolucji francuskiej do 1918 r.) to 19 tematów (w tym wkład Polaków w walkę Amerykanów o niepodległość) oraz 31 poświęconych Polakom i sprawie polskiej. No i czasy 1918-po współczesność to 26 zagadnień z historii powszechnej i 46 z historii Polski. Dodajmy do tego, że całość tego wykładu jest zdominowana w sposób bezwzględny przez historię polityczną w najprostszym i najstarszym wydaniu - zdarzeń politycznych, ich wzajemnych relacji i konsekwencji dla idei Narodu. Treści dotyczące kultury lub gospodarki mają charakter poboczny, szerzej obecne w XIX w. jako tło dla walki o niepodległość.
Całość tej konstrukcji po historię XX w. sprawia wrażenie przejętej z opracowań z lat 80-tych. Nie widzę w doborze treści śladu dyskusji historiograficznych ostatnich dwóch dekad. Jest to wykład chronologicznie uporządkowanej politycznej historii Polski na delikatnie zarysowanym tle powszechnym. Owszem, cieszy, że tło jest w ogóle obecne i odetchnąłem nawet z ulgą, że coś z historii poza Polską może zostać dzieciom przedstawione. Ale to radość jak ze starego dowcipu o Stalinie, który tylko pobił, a mógł zabić.
Bo doceniając pozostawienie czegokolwiek z historii otaczającego świata nie mogę oprzeć się wrażeniu, że kształcone w oparciu o tę podstawę dzieci mogą stać się kulturowo i mentalnie nieprzygotowane do życia w świecie współczesnym. Że wyrosną w przekonaniu, że Polska jest centrum świata, dla którego tenże świat stanowi jakieś niewiele znaczące tło. Przez wiele lat walczyłem z metaforą centrum i peryferii historii, w którym dla Polski i Polaków zarezerwowane było miejsce wśród obszarów peryferyjnych. Uważałem i uważam, że to fałszywa metanarracja kreująca resentymenty, ale przede wszystkim wypaczająca realia. Ale teraz widzę odrodzenie się tej tendencji - tyle, że a rebours, bo Naród Polski i Polska stają się centrum, epifanią sensu historii. Cała reszta to wątki poboczne. Kształconych w takim złudzeniu obywateli czekają ciężkie spotkania z rzeczywistością i ogrom frustracji, a z tego - niechęci do świata. Kształcąc w metaforze narodu "od zawsze" obecnego i dominującego kształcimy dzieci niezdolne do racjonalnego oglądu świata, do dostrzegania wielkości człowieka w stałej gotowości do akceptacji świata i zmieniania go we współpracy z innymi. Opowieści o triumfach, wojnach, politycznych podstępach i urazach nie wykształcą obywatela gotowego do budowania społeczności lokalnej, współpracy poziomej i elastycznego na tyle, by odnaleźć swoje miejsce w błyskawicznie zmieniającym się świecie.
Ta podstawa nie jest zła. Jest wyrazem wiary twórców - rządu? - w metafizyczną, ahistoryczną wartość Narodu Polskiego jako punktu odniesienia wartościującego dla osób mówiących po polsku cała Ludzkość. Ale jeśli potraktować ją poważnie, jest groźna dla przyszłości naszej wspólnoty - narodowej, regionalnej, lokalnej - i dla przyszłości naszych rodzin. Ona nie uczy, ona kreuje Nowego Obywatela według wizji dorosłych polityków. To nie jest moja wizja edukacji w szkole świeckiej, otwartej, zwróconej ku dziecku.
sobota, 12 listopada 2016
Akademia trybikiem gospodarki - niekończące się ograniczenie widzenia
Tak się złożyło, że dzięki uprzejmości #LeszekPacholski i #KrzysztofFokt dotarły do mnie dwa, różnej wagi dla naszego myślenia o uniwersytecie i humanistyce, artykuły prasowe. Pierwszy dotyczył korelacji między liczbą uniwersytetów (choć zdaje się, że autorzy rozumieją pod tym terminem tak klasyczne uniwersytety, jak i wyższe szkoły techniczne, politechniki) a wzrostem gospodarczym. Pomijając niezbyt wiarygodne dane i szczątki analiz dla okresu przed 1900 r., dla okresu późniejszego metodologia obliczeń budzi większe zaufanie. I wskazuje, że wraz z każdą szkołą wyższą następuje wzrost GDP. Przy czym do 10% wzrostu licząc od 1950 z każdym uniwersytetem GDP rósł o 0,4%. Wraz z dalszym wzrostem liczby uniwersytetów ta "wartość dodana" spada, ale nadal istnieje. I to niezależnie od wzrostu liczby mieszkańców ogółem lub finansowania / braku finansowania uniwersytetów z środków publicznych. Z dwóch względów jest to ciekawa obserwacja:
a) wskazuje na korelację między elitarnym charakterem kształcenia a wkładem absolwentów w rozwój gospodarczy. Przy tym tę zależność można tłumaczyć prosto: mała liczba studentów oznacza wymuszony wyższy poziom przeciętnej sprawności w pozyskiwaniu wiedzy i umiejętności. A to ze względu zarówno na ogólnie wyższy poziom sprawności/pracowitości studentów (elitaryzm oznacza jednak stały wyścig motywując do pracy), ale też - wyższą jakość wykładowców. Obie rzeczy idą w parze. No i wreszcie - elitarność kształcenia powoduje, że absolwenci mają dostęp do wiedzy, której nie posiada większość społeczeństwa. Ich wpływ na życie społeczne jest więc bez porównania większy, niż w sytuacji, gdy znacząca część współobywateli kosztuje tego samego owocu wiedzy i może na tej podstawie podejmować decyzje gospodarcze. Krótko mówiąc: nie wystarczy wykreować elitarną grupę uczelni wyższych, żeby uzyskać skokowy przyrost gospodarczy. Bo w chwili obecnej technologie informacyjne oraz powszechność dostępu do edukacji w naszym kraju niwelują w znacznej mierze efekt elitaryzmu. Owszem, będzie to miało sens tylko wówczas, gdy owa nikła grupa uczelni będzie dawała dostęp do naprawdę unikalnej wiedzy i unikalnych umiejętności.
b) nawet przy dużej liczbie uczelni wyższych ich powstawania sprzyja rozwojowi gospodarki. I tu zgadzam się z opinią autorów: We find that this 'university effect' seems to be related to an increase in the supply of skilled graduates who raise productivity in the firms in which they work. We also find that universities boost innovation, as measured by an increase in patents. Krótko mówiąc - kształcenie tam, gdzie nie skupia się na stronie technicznej - bo w tym zakresie rodzą się patenty - musi skupiać się na wyposażeniu absolwentów w umiejętności. Znów, żadna niespodzianka - otwartość, umiejętność analizowania i uczenia się, komunikowania, mobilność - wszystkie te "społeczne efekty kształcenia", których tak często się boimy i czasami pokpiwamy, mają głęboki sens w połączeniu z aktualną (co warto podkreślać) wiedzą o zakresie studiów. Ta ostatnia zaś tylko wtedy ma sens, gdy absolwent sam wie, gdzie jej będzie mógł szukać... Nic nowego? Tak, tyle, że te obserwacje rozciągają się na całą Akademię, niezależnie od tego, czy mówimy o naukach humanistycznych, społecznych czy technicznych.
Drugi z artykułów, wywiad z prof. Januszem Rachoniem przynosi klasyczny ogląd stanu szkolnictwa wyższego z okresu reform Minister Kudryckiej: kształcimy źle, absolwenci są niedokształceni, a w ogóle to po co kształcimy pedagogów, skoro szkoły będą się zamykać. No i oczywiście - humaniści emigrują, lądują na zmywaku w Anglii, a studenci Politechniki nie. Hmmm, zwiększenie naboru na studia techniczne przy zmniejszeniu naboru na humanistyczne jakoś zaciera tę różnicę. Ale zwracam uwagę na ten artykuł z jednego powodu - profesor Rachoń podkreśla, że złe kształcenie spowodowało przemiany sentymentu politycznego ostatnich 2 lat. Nie do końca się z tym zgadzam, powody są przecież dużo głębsze. Natomiast co do jednego nie mam wątpliwości - w kształceniu uniwersyteckim - i w analizie przedstawionego wyżej wzrostu GDP - zapominamy o nieekonomicznych skutkach edukacji wyższej. Uniwersytetu budują kapitał społeczny, kształtują - tak, mimo wszystko - elitę swoich społeczności pod względem szerokości spojrzenia na świat. Nie uwzględniając tego i skupiając się na stronie ekonomicznej tracimy z oczu relacje miedzy własną społecznością i otoczeniem, ale też przymykamy oko na rozpad wewnętrznych więzi społecznych. Gospodarka to dalece nie całość życia ludzkiego.
Oba teksty skłoniły mnie do westchnienia w kontekście ostatniej dekady reform szkolnictwa wyższego - nadal, w każdej opcji politycznej, chce się z Akademii uczynić koło zamachowe gospodarki. No i dobrze. Ale chce się z niej uczynić tylko trybik w maszynie gospodarki. Ot, taką wielką szkołę przyzakładową. Koszty społeczne takiej wizji właśnie płacimy. Nie tylko w Polsce, w coraz większej liczbie krajów demokratycznych. Wciąż mamy szansę odwrócić ten trend. Wciąż mamy autonomię.
a) wskazuje na korelację między elitarnym charakterem kształcenia a wkładem absolwentów w rozwój gospodarczy. Przy tym tę zależność można tłumaczyć prosto: mała liczba studentów oznacza wymuszony wyższy poziom przeciętnej sprawności w pozyskiwaniu wiedzy i umiejętności. A to ze względu zarówno na ogólnie wyższy poziom sprawności/pracowitości studentów (elitaryzm oznacza jednak stały wyścig motywując do pracy), ale też - wyższą jakość wykładowców. Obie rzeczy idą w parze. No i wreszcie - elitarność kształcenia powoduje, że absolwenci mają dostęp do wiedzy, której nie posiada większość społeczeństwa. Ich wpływ na życie społeczne jest więc bez porównania większy, niż w sytuacji, gdy znacząca część współobywateli kosztuje tego samego owocu wiedzy i może na tej podstawie podejmować decyzje gospodarcze. Krótko mówiąc: nie wystarczy wykreować elitarną grupę uczelni wyższych, żeby uzyskać skokowy przyrost gospodarczy. Bo w chwili obecnej technologie informacyjne oraz powszechność dostępu do edukacji w naszym kraju niwelują w znacznej mierze efekt elitaryzmu. Owszem, będzie to miało sens tylko wówczas, gdy owa nikła grupa uczelni będzie dawała dostęp do naprawdę unikalnej wiedzy i unikalnych umiejętności.
b) nawet przy dużej liczbie uczelni wyższych ich powstawania sprzyja rozwojowi gospodarki. I tu zgadzam się z opinią autorów: We find that this 'university effect' seems to be related to an increase in the supply of skilled graduates who raise productivity in the firms in which they work. We also find that universities boost innovation, as measured by an increase in patents. Krótko mówiąc - kształcenie tam, gdzie nie skupia się na stronie technicznej - bo w tym zakresie rodzą się patenty - musi skupiać się na wyposażeniu absolwentów w umiejętności. Znów, żadna niespodzianka - otwartość, umiejętność analizowania i uczenia się, komunikowania, mobilność - wszystkie te "społeczne efekty kształcenia", których tak często się boimy i czasami pokpiwamy, mają głęboki sens w połączeniu z aktualną (co warto podkreślać) wiedzą o zakresie studiów. Ta ostatnia zaś tylko wtedy ma sens, gdy absolwent sam wie, gdzie jej będzie mógł szukać... Nic nowego? Tak, tyle, że te obserwacje rozciągają się na całą Akademię, niezależnie od tego, czy mówimy o naukach humanistycznych, społecznych czy technicznych.
Drugi z artykułów, wywiad z prof. Januszem Rachoniem przynosi klasyczny ogląd stanu szkolnictwa wyższego z okresu reform Minister Kudryckiej: kształcimy źle, absolwenci są niedokształceni, a w ogóle to po co kształcimy pedagogów, skoro szkoły będą się zamykać. No i oczywiście - humaniści emigrują, lądują na zmywaku w Anglii, a studenci Politechniki nie. Hmmm, zwiększenie naboru na studia techniczne przy zmniejszeniu naboru na humanistyczne jakoś zaciera tę różnicę. Ale zwracam uwagę na ten artykuł z jednego powodu - profesor Rachoń podkreśla, że złe kształcenie spowodowało przemiany sentymentu politycznego ostatnich 2 lat. Nie do końca się z tym zgadzam, powody są przecież dużo głębsze. Natomiast co do jednego nie mam wątpliwości - w kształceniu uniwersyteckim - i w analizie przedstawionego wyżej wzrostu GDP - zapominamy o nieekonomicznych skutkach edukacji wyższej. Uniwersytetu budują kapitał społeczny, kształtują - tak, mimo wszystko - elitę swoich społeczności pod względem szerokości spojrzenia na świat. Nie uwzględniając tego i skupiając się na stronie ekonomicznej tracimy z oczu relacje miedzy własną społecznością i otoczeniem, ale też przymykamy oko na rozpad wewnętrznych więzi społecznych. Gospodarka to dalece nie całość życia ludzkiego.
Oba teksty skłoniły mnie do westchnienia w kontekście ostatniej dekady reform szkolnictwa wyższego - nadal, w każdej opcji politycznej, chce się z Akademii uczynić koło zamachowe gospodarki. No i dobrze. Ale chce się z niej uczynić tylko trybik w maszynie gospodarki. Ot, taką wielką szkołę przyzakładową. Koszty społeczne takiej wizji właśnie płacimy. Nie tylko w Polsce, w coraz większej liczbie krajów demokratycznych. Wciąż mamy szansę odwrócić ten trend. Wciąż mamy autonomię.
sobota, 5 listopada 2016
Pamięć to nie historia. Instytut to nie nauka
Po latach ciszy w debacie publicznej przeszłość staje się tematem niezmiernie gorącym. Niewątpliwie, to świadectwa jakiegoś kryzysu społecznego, bo jak mawiał klasyk, rozwijające się, zamożne społeczeństwa nie mają czasu na wspominanie przeszłości. Dodałbym - gdyby zechciały go mieć, może mniej byłoby rewolucji. Nie ma jednak powodu, by obrażać się na rzeczywistość. Pytanie jednak - czy w tej rzeczywistości toczy się dyskurs o historii? Otóż moim zdaniem nie.
Choć bardzo poruszył mnie wywiad z nowym prezesem Instytutu Pamięci Narodowej, drem Jarosławem Szarkiem, uznałem, że nie powinienem zabierać w tej sprawie głosu. Zwłaszcza, że bardzo precyzyjnie omówił go na swoim blogu Krzysztof Ruchniewicz. I dorzucanie kolejnych przykładów nieścisłości historycznych wydawało mi się absolutnie zbędne. Jednak tekst ten raz wkradłszy się do mózgu nie odpuszczał, zwłaszcza, że rośnie napięć wokół 11 listopada i głosów patriotycznych z różnych stron coraz więcej słychać. Czarę przelał jednak dobry, choć oczywiście subiektywny tekst Michała Olszewskiego o społecznych i polityczno-obyczajowych detalach zachodzących zmian. Choć pisane z różnych, skrajnie różnych pozycji politycznych, oba teksty łączy jedno - przekonanie, że historia odgrywa dużą rolę w bieżących działaniach politycznych naszych elit. I że będzie taką rolę odgrywać w transformacji społecznej, jaką obserwujemy.
A moim zdaniem nie.
Bo to, co widzimy dookoła to nie dyskusja o historii, lecz walka o pamięć. A pamięć to przedmiot badań historii, to specyficzna forma źródła historycznego i jednocześnie sposób kreowania narracji o przeszłości w sposób subiektywny, podporządkowany bieżącym celom, wykorzystując dla przybliżenia się do niego strzępki wspomnień o realnych zdarzeniach, ale umieszczając je w kontekstach wspierających cel i dążenie do niego.
Krótko mówiąc - pamięć nie jest historią. Historia jest nauką, właściwym dla kultury europejskiej racjonalnym sposobem obiektywizacji wiedzy o przeszłości. Pamięć jest subiektywna i więcej mówi nam o pamiętającym, niż o przeszłości.
Dlatego nie mam pretensji do prezesa IPN i całej tej instytucji. Choć pracują w niej historycy, wielu rzetelnych, to nie jest to instytucja naukowa. Nie zajmuje się historią. Jest elementem administracji państwowej wykorzystywanym w różnych celach. Różnych, ale z historią i nauką nie mających nic wspólnego.
Dlatego też uważam, że w opisie dzisiejszej sytuacji powinniśmy zachować powściągliwość - ale jednocześnie mocno włączyć się w promowanie historii przeciw budowaniu tożsamości na pamięci. Historycy nie mają wyjścia - zajmują się budowaniem racjonalnych podstaw życia społecznego, zobowiązani są do odpowiedzialności szacunkiem dla zmarłych, których słowa i czyny wykorzystują i przekazują. Jeśli damy się uciszyć i zastąpimy dyskurs historyczny dyskursem pamięci, czeka nas trudne do przewidzenia załamanie komunikacji społecznej i więzi społecznych.
I dlatego wyjście innego nie widzę - musimy jasno wytyczyć metodologiczne granice historii i twardo ich bronić. Nie w swoim, ale społecznym interesie.
Choć bardzo poruszył mnie wywiad z nowym prezesem Instytutu Pamięci Narodowej, drem Jarosławem Szarkiem, uznałem, że nie powinienem zabierać w tej sprawie głosu. Zwłaszcza, że bardzo precyzyjnie omówił go na swoim blogu Krzysztof Ruchniewicz. I dorzucanie kolejnych przykładów nieścisłości historycznych wydawało mi się absolutnie zbędne. Jednak tekst ten raz wkradłszy się do mózgu nie odpuszczał, zwłaszcza, że rośnie napięć wokół 11 listopada i głosów patriotycznych z różnych stron coraz więcej słychać. Czarę przelał jednak dobry, choć oczywiście subiektywny tekst Michała Olszewskiego o społecznych i polityczno-obyczajowych detalach zachodzących zmian. Choć pisane z różnych, skrajnie różnych pozycji politycznych, oba teksty łączy jedno - przekonanie, że historia odgrywa dużą rolę w bieżących działaniach politycznych naszych elit. I że będzie taką rolę odgrywać w transformacji społecznej, jaką obserwujemy.
A moim zdaniem nie.
Bo to, co widzimy dookoła to nie dyskusja o historii, lecz walka o pamięć. A pamięć to przedmiot badań historii, to specyficzna forma źródła historycznego i jednocześnie sposób kreowania narracji o przeszłości w sposób subiektywny, podporządkowany bieżącym celom, wykorzystując dla przybliżenia się do niego strzępki wspomnień o realnych zdarzeniach, ale umieszczając je w kontekstach wspierających cel i dążenie do niego.
Krótko mówiąc - pamięć nie jest historią. Historia jest nauką, właściwym dla kultury europejskiej racjonalnym sposobem obiektywizacji wiedzy o przeszłości. Pamięć jest subiektywna i więcej mówi nam o pamiętającym, niż o przeszłości.
Dlatego nie mam pretensji do prezesa IPN i całej tej instytucji. Choć pracują w niej historycy, wielu rzetelnych, to nie jest to instytucja naukowa. Nie zajmuje się historią. Jest elementem administracji państwowej wykorzystywanym w różnych celach. Różnych, ale z historią i nauką nie mających nic wspólnego.
Dlatego też uważam, że w opisie dzisiejszej sytuacji powinniśmy zachować powściągliwość - ale jednocześnie mocno włączyć się w promowanie historii przeciw budowaniu tożsamości na pamięci. Historycy nie mają wyjścia - zajmują się budowaniem racjonalnych podstaw życia społecznego, zobowiązani są do odpowiedzialności szacunkiem dla zmarłych, których słowa i czyny wykorzystują i przekazują. Jeśli damy się uciszyć i zastąpimy dyskurs historyczny dyskursem pamięci, czeka nas trudne do przewidzenia załamanie komunikacji społecznej i więzi społecznych.
I dlatego wyjście innego nie widzę - musimy jasno wytyczyć metodologiczne granice historii i twardo ich bronić. Nie w swoim, ale społecznym interesie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)